Lista potencjalnych lektur... (5)

Tym razem z Książko-landii, gdzie zawitałam dzięki linkowi na zaprzyjaźnionym blogu. A oto co znalazłam:

1. "Intymna teoria względności" Janusz L. Wiśniewski

2. "Córka dyrektora cyrku" Jostein Gaarder

3. "Marylin, ostatnie seanse" Michael Schneider

4. "Moje życie z Mozartem" Eric Emmanuel Schmitt

"How Starbucks Saved My Life" Michael Gates Grill


Ta książka nie jest warta przeczytania i żałuję, że ją wypożyczyłam... ale taki to już mój los, że często ulegam pokusie gdy widzę chwytliwy tytuł, jak ten: „Jak Starbucks uratował mi życie” ("How Starbucks saved my life") Michaela Gatesa Grilla.

Historia w skrócie wygląda tak, że facet po 50-tce traci dobre stanowisko w renomowanej agencji reklamowej gdzie przepracował całe swoje życie. Jest podłamany i właściwie nie potrafi się pozbierać. Przechodzi jednocześnie kryzys wieku średniego, jak i kurs nauki dawania sobie rady poza swoim środowiskiem. Przez pewien czas jeszcze utrzymuje się na powierzchni jako wolny strzelec, czyli konsultant, ale to nie trwa długo. Z uprzywilejowanego życia (pochodzi z zamożnej rodziny) zaczyna wycinać coraz więcej, ale niestety „przytrafia” mu się romansik i kolejne dziecko, a ma już czworo dorosłych dzieci ze swoją żoną. Teraz nie tylko nie ma na życie, ale nie ma także rodziny - żona odchodzi zabierając resztę majątku, a dorosłe dzieci po prostu przestają się z nim kontaktować, choć z czasem udaje mu się ten kontakt odbudować. W trakcie dorastania bohater doznaje olśnienia i uznaje, że stracił w życiu wiele, bo przegapił dzieciństwo swoich już dorosłych dzieci poświęcając się karierze i zarabianiu pieniędzy. Jednak to odkrycie mu nie pomaga... bo pieniędzy wraz z perspektywami na zatrudnienie ciągle brak ... aż pewnego dnia pijąc kawe w Starbucksie otrzymuje ofertę pracy jako „Partner” w języku tejże firmy, a po polsku jako sprzedawca-kelner, za najniższą stawkę czyli jakieś 8 dollarów za godzinę plus ubezpieczenie zdrowotne (bardzo ważne w Stanach).

W ten sposób nasz bohater wchodzi w zupełnie nowy dla niego świat, tzw. inner-city people, czyli ludzi z centów miast, często biednych z pokolenia na pokolenie bez edukacji i środków na nią a co za tym idzie perspektyw na polepszenie bytu (w przeciwieństwie do Europy centrum miasta jest to kiepskie miejsce do życia ze względu na gestość zaludnienia, brak planów rozwojowych, brak zieleni, dużą przestepczość itp.) i dostrzega to czego nie widział przez 30 lat pracy jako manager w dużej agencji i osoba bogata z domu

I tutaj zaczyna sie kalka i kicz zupełny, bo nagle odkrywa, że afirmative action (czyt: ustawowe zrównywanie szans dla nie-białych) nie działa, a już szczególnie w wielkich korporacjach. Okrywa, że ludzie mają tendencję do negatywnej oceny ludzi odmiennych od swojej grupy społecznej, że nie mając zasobów finansowych trudniej jest wygrzebać się z dołka, że życie układa się bardzo różnie i bedąc na koniu, szczególnie wysokim, wcale nie oznacza, że się z niego kiedyś nie spadnie. Na dodatek całej tej lekcji życiowej udziela mu czarnoskóra dziewczyna w wieku jego dorosłej córki, która swoje przeszła i na ludzi wyszła...

Wielu szczegółów dodać nie mogę, ponieważ do końca tej książki nie przeczytałam... Nie moge jakoś się zmusić!

To co jedynie działa na plus dla tej książki, to że w końcu ktoś (czyt: biały mężczyzna, wykształcony i z dorobkiem zawodowym) powiedział grzecznie, choc dosadnie o ustawach w amerykańskim ustawodawstwie (jak w każdym innym zresztą) istniejących jedynie na papierze, o nierównym starcie, o różnych kulturach w ramach tego samego narodu, o mozliwościach i konieczności walczenia o siebie, o Ameryce taka jaka jest...

A teraz dośc ciekawie napisany fragment posłowia:
„When I was growing up in New York City, I was told; “Don’t make eye contact.” I purposely would not even glance at people from different races, classes, or backgrounds. I wore blinders and only wanted to see people just like me. When Crystal called to me and I leapt, I gradually open my eyes and looked and saw that the respect she showed me was a gift that would lead to a more fulfilling life. I learned to look and see everyone in my day as a welcome guest to be treated with respect. I stopped seeing people as representative of different races, classes, genders, or educational backgrounds. Instead, by truly seeing each person I met as a unique individual, I discovered a world of amazing variety and surprising wonder, almost as if I had been reborn”

"Dorastając w Nowym Jorku pouczano mnie "Nie nawiązuj kontaktu wzrokowego". Celowo nawet nie zerkałem na ludzi odmiennej rasy,klasy społecznej lub pochodzenia. Nosiłem klapki na oczach i chciałem tylko widzieć ludzi takich jak ja sam. Kiedy Crystal wyciągnęła do mnie rękę i odważyłem się ją przyjąć, stopniowo otwierałem oczy i rozglądając się zobaczyłem, że szacunek jaki mi okazywała był darem, który stał się źródłem pełniejszego życia. Nauczyłem się patrzeć i widzieć każdego wciągu dnia jako pożądanego gościa, któego należy traktować z szacunkiem. Przestałem widzieć ludzi jako przedstawicieli różnych ras, klas, płci czy z różnym poziomem wykształcenia. Zamiast tego dzięki prawdziwemu postrzeganiu każdej osoby jako unikalnej jednostki odkryłem świat niesamowitej różnorodności i zadziwiającego piękna, tak jak nowonarodzone dziecko."

„Niesamowita Słowiańszczyzna” Maria Janion


Z trochę innej beczki książka „Niesamowita Słowiańszczyzna” Marii Janion. Polecona przez koleżankę Emilkę, więc nawet za bardzo się jej nie przyjrzałam tylko zakupiłam będąc w Polsce i teraz czytam, a raczje póbuje ją przeczytać... Dzięki Emilka, wielkie dzięki!

Ale do rzeczy... Jak tytuł wskazuje jest to o tym czego tak niewiele nas uczono w szkołach, czyli o słowiańszczyżnie sprzed czasów chrześcijaństwa.

Pewnie większość z nas pamięta ze szkoły legendę o Popielu, Biskupin, chrzest Polski jako staranie Mieszka I w stworzeniu państwa Polskiego i zaistnieniu na arenie międzynarodowej z oddzieleniem się przysłowiową „grubą kreską” od przeszłości pogańskiej, a później właściwie to już tylko istniała u nas wiara chrześcijańska oraz „złoty wiek” gdy kraj rozciągł się od Bałtyku po Morze Czarne i przyjęliśmy Żydów uciekających z innych krajów europejskich (w końcu znaleźli się jacyś innowiercy!), a później to już było tylko źle i Targowica, i rozbiory i 127 lat zaborów, i ciągła walka o przetrwanie kultury, a i po drodze ci Romantycy z ich mesjanizmem i jakimiś tam starodawnymi wierzeniami w „Dziadach”, „Goplanie”, „Starej Baśni”, „Walenrodzie” i pewnie kilku jeszcze innych, których nie wymieniłam na szybko z pamięci, bo... no właśnie, dlaczego?

Ano dlatego, że szczególnie Romantyzm potraktowany był zawsze jako coś odległego, na piedestale i na wysokiej półce jednocześnie. Wszystko było takie jakieś wydumane, zupełnie niezrozumiałe i nie trzymające się kupy... a do tego omawiane z przykazu szkoły, przez nauczyciela, który jakoś tam musi materiał przerobić z nastolatkiem nie bardzo chętnym do zagłębienia się w temat. Mieszanka swoiście produktywna!

Jednak to co pisze Maria Janion w zbiorze esejów po tytułem „Niesamowita Słowiańszczyzna”, choć w języku znacząco trudniejszym niż zwykle użytwanym w czytanych powieściach, a nawet z kilkoma słowami do sprawdzenia w słowniku (nie pamiętam kiedy ostatni raz mi się to zdarzyło!), to jednak dodaje właśnie coś co zostało tak zręcznie ominięte w szkole i nagle jakoś przedchrześcijaństka przeszłość z 1000 leciem historii oraz współczesnością układają się w całość! Aż się zakrzyknąć chce Eureka!

Bardzo, ale to bardzo gorąco polecam ....

"Histeryjki o May" Monika Mostowik


To książeczka nieduża i dość cienka, bo to właściwie opowiadanie o tej samej osobie z trzech perspektyw: narratora, przyjaciół oraz samej May. Czyta się szybko, ale nie dlatego, że są to tak wciągające opowiadanka. Forma przypomina wprawkę osoby z kursu kreatywnego pisania i jest sama w sobie ciekawe, ale nie powiedziałabym, żeby dodało wartości temu dziełu.

O czym jest historyjka? Jak tytuł wskazuje o May, która jest mocno poplątana. Jest bardzo zamknięta, mająca tylko niewielki kontakt z samą sobą. Nauczono ją, że ludzi należy zadowalać, ale to nie pomaga jej w utrzymaniu relacji z mężem, koleżankami, kolejnymi mężczyznami. Z czasem jednak przestaje zadowalać innych i jeszcze bardziej traci kontakt ze światem zewnętrznym, co jej właściwie nie martwi.

Chociaż książeczka nie jest najwyższychlotów to jednak skłania do zastanowienia nad tym jak wiele kobiet znajduje się w podobnej sytuacji. Jak trudno jest połączyć bycie sobą z oczekiwaniami świata zewnętrznego.... Jak trudno być sobą gdy nigdy się tego nie widziało w domu rodzinnym... Jak trudno jest wyjść ze schematu wyniesionego z rodzinnego domu.... Jak trudno jest uciec od stygmy historii rodzinnej...

Pomimo powyższych spostrzeżeń nie mogę jednak tej książki uznać za godną polecenia.
Źródło: Okładka dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka