Moje lektury w 2009

I kolejny rok mija, czyli na podsumowania czas, a w tym roku tyle zdarzyło się, że czasu na czytanie było mało, ale tych kilka przeczytanych pozycji chciałam przypommniec by polecic raz jeszcze.

Po ponizszym przeglądzie zobaczycie, że ten rok nie był taki zły, bo przeczytałam aż 4 rzeczywiście warte mojego czasu, 6 nawet ciekawych, a w kategorii "strata czasu" są jedynie 4 przy czym ostatnią zamknęłam po 100 stronicach!

W kategorii REKOMENDOWANE znalazły się te oto:
- Literatura polska
"Balzakiana" Jacka Dehnela oraz "Bambino" Ingi Iwasiów. Oba te dzieła są o pokoleniach wchodzących w dorosłośc po wielkich zmianach – pokolenie powojenne i pokolenie lat 90-tych, które jakoś sobie radzą. Zafascynował mnie w obu tych książkach język polski, nasz własny, który tak na codzień kaleczymu, a który może miec w sobie tyle ekspresji i niuansów!
- Literatura obca
Dwie bardzo różne książki: "Loving Frank" Nancy Horan oraz "Unaccustomed earth" Jhumpa Lahiri. Ta pierwsza to powieśc częściowo oparta na faktach i dająca wgląd w życie wykszatłconej kobiety początku XXw., która podąża za uczuciem do sławnego architekta i jaką za to cenę płaci. Natomiast druga to opowiadania, których główną osią jest konflikt wewnętrzny imigranta lub dzieci imigrantów.

W kategorii MOŻNA PZECZYTAC, czyli jeśli chcesz coś co nie będzie wymagac wielkiego zaangażowania to polecam te oto:
- Literatura polska
"Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej" Michał Witkowski
"Ścianka działowa" Izabela Sowa
"Ostatni mazur" Andrew Tarnowski
- Literatura obca
"Ex Libris" Anne Fadiman
„Amerykańscy bogowie” Neil Gaiman
"Łabędzie Leonarda" Karen Essex

W kategorri ZDECYDOWANA STRATA CZASU i to bez względu na kraj pochodzenia znalazły się:
"Trzynaście" Marcin Świetlicki
"The Painter of Battles" Arturo Perez-Reverte
"The Book of Chameleons" Jose Eduardo Agualusa
"Prince of Tides", czyli "Książę przypływów" Pat Conroy

Z tą ostatnią książką "The Door to December" Dean Koontz mam trochę problem, bo jedynie jej słuchałam biegając, więc choc jako kryminał nie jest zachwycająca i moim zdaniem wymaga dopracowania, to jednak pomogła mi w cwiczeniach i daltego jest kategorią sama w sobie!

I na sam koniec o książce, którą mam nadzieję opisac w niedalekiej przyszłości, a którą już odrobinę przedstawiłam - "Pictures at a Revolution: Five Movies and the Birth of the New Hollywood" Marka Harrisa.

Po tym krótkim podsumowaniu pozostaje mi życzyc wszystkim równie udanego literacko 2010 i szampańskiej zabawy w noc sylwestrową!

Wesolych Swiat!

Wszystkim, ktorzy zagladaja regularnie i tym , ktorzy zagladaja tylko czasami, chcialabym zlozyc serdeczne zyczenia spokojnych i jednoczesnie radosnych w gronie rodziny i przyjaciol, a przede wszystkim z ksiazka!




Dobry rok dla polskiej literatury!


Taki tytul wzielam z tytulu notatki prasowej z "Rzeczpospolitej"! Odkad to prasa zainteresowana jest dobrymi wiadomosciami? A jednak to byla pozytywna wiadomosc i moze zostala zamieszczona dlatego, ze sensacyjna!? Niewiele jest pozytywnych wiadomosci w tych czasach...


Jak zwykle najczesciej tlumaczone sa te wielkie nazwiska, ale przyjemnie jest dowiedziec sie, ze i mlodsi autorzy sa doceniani.

P.S. Niestety notatka bez polskich znakow, bo z komputera mojego Pana Meza.

"Bambino" Inga Iwasiów


Tytuł tej książki jest wieloznaczny. Większośc z nas pamięta lody Bambino; był też adapter Bambino i były także bary mleczne Bambino. Łatwa do wymówienia nazwa jest synonimem PRL-u i o tym jest właśnie ten utwór, czyli o czasach i ludziach.

Autorka postarała się, by bohaterowie nie byli obciążeni przeszłością wojenną inną niż ta charakterystyczna dla kilkuletnich dzieci, co pozwoliło ominąc meandry historii tej części społeczeństwa. Dodatkowo umieściła ich w „nowym” polskim mieście czyli w Szczecinie, który jest na tyle daleko i na tyle blisko by wszystko razem zgrabnie połączyc, bo to miasto okaże się takie jak jego nowi mieszkancy, budujący swoją historię od nowa, układający sobie życie najlepiej jak potrafią.
 
Bohaterowie to ciakawa zbieranina, choc to pejoratywne słowo, młodych ludzi oderwanych od korzeni, a więc jest Niemka, która ma jakieś tam polskie korzenie i nie ucieka na czas i z Ulrike zmiania się w Urszulę, jest Anna której matka umiera tuż po wojnie i za namową brata zostaje wysłana do miasta po wykształcenie; jest Marysia, najstarsza w rodzinie repatriantów zza Buga wysłanych na Ziemie Odzyskane, wysłana do miasta po zarobek i lepsze życie; jest Janek, bękart w czasów wojny, pozostawiony przez matkę na wychowanie u dziadków i wypchnięty przez wujostwo ze wsi do miasta by było więcej morgów do podziału, a wszyscy oni powiązani są barem mlecznym „Bambino”. Przewijają się także Stefan - Żyd, ktory przeżył obóz i wiąże się z ... Niemką, ale musi wyjechac z wiadomych powodów. Jest też kolejne pokolenie, czyli dzicieSą dzieci, jedynacy, Magdusia wychowująca się po części sama a po części przez „ciotkę” Urszulę by w końcu zostac sama
 
Ciekawie napisana historia tych kilkgorga ludzi. Inga Iwasiów postarała się uwypuklic punkt widzenia poprzez różnice stylów użytych na różnych etapach książki. Jest tu monolog wewnetrzny w formie pourywanych, niezbyt logicznych zdań oddających emocje takie jak strach czy niepewnośc. Jest także narracja zewnętrzna z lapidarnością języka emocji i opisami relacji, okoliczności, przedmiotów i okolic wyzwala poczucie, że bohaterowie są już jakoś osadzeni w nowym miejscu i mają większą kontrolę nad swoim życiem. W końcu jest także krótki moment kiedy autorka staje się wykładowcą i wtrąca którki esej „Na co umierają ludzie, w swoim czasie”
 
W tej środkowej części książki widac najbardziej to co działo się w polskim społeczeństwie po wojnie. Wielkie przetasowania, jak w talii kart, mogłeś byc przed wojna na górze, ale teraz jesteś na dole, co nie znaczy, że nie możesz piąc się do góry jeśli dobrze rozegrasz obecną sytuację (czytaj: n.p. zapiszesz się do partii). W tle rogrywa się historia, która bezpośrednio dotyka jedynie Janka, a pośrednio Marysię i Annę. Ta ostatnia jest przykładem tych, którzy pomimo dostosowania do obecnej sytuacji nie odrzuca tradycji i zakłada rodzinę, by w końcu wrócic do wiary i Kościoła. Anna przedstawia osoby w PRL-u, które poprzez n.p. małżeństwo z marynarzem, polepszały swój byt bez upartyjnienia, bo miały dostęp do towarów deficytowych (jak to śmiesznie brzmi teraz) i bonów (kto to jeszcze pamięta! dla młodszych czytelników bony była równoważne dolarom amerykańskim), czyli były w znacznie lepszej sytuacji materialnej niż przeciętny Polak. Także w tej części książki Iwasiów pokazuje postawy wobec sytuacji, sposoby przetrwania i szarą codziennoś tamtych czasów.
 
We wspomnianym wcześniej eseju, Inga Iwasiów opisuje coś co było zjawiskiem nieznazwanym jeszcze, a więc nie istniejącym ani w wiedzy lekarzy, ani w wiedzy opiniii publicznej. Wspomina o syndromie stresu posttraumatycznego, który niediagnozowany przejawiał się samobójstwami, chorobami takimi jak gruźlica, a przede wszystkim rak. Jest to ciekawy wątek, bo nigdy wcześniej nie słyszałam o powiązaniu lizcby zachorowań na raka z okresem powojennym. Jednak to co ciekawe to powrót do „normalnego” umierania, czyli w wyniku starości czy długtrwałej choroby, bo w czasie wojny większośc znajomych, członków rodziny albo była wywożona do obozów albo ginęła rozstrzelana przpadkowo lub nieprzypadkowo z bronią w ręku.
 
Podsumowując, ten dośc długi wpis, jest to książka warta przeczytania, bo porusza to o czym nie mówiło się, nie pisało, bo jest to życie pokolenia moich dziadków, a oni jeszcze żyją więc może warto z nimi porozmawiac... żeby ta historia codziennia nie zginęła.

Dlatego polecam tą książkę!





"Prince of Tides", czyli "Książę przypływów" Pat Conroy


Książka nie nowa, ale zaplanowana na październik w moim miejscowym amerykańskim klubie książki. Niestety dla mnie był to chybiony wybór, choc nie żałuje podejścia do niej.


Jak wyżej napisałam było to „podejście” bo całej książki nie zdołałam przeczytac, bo jednak ciągle miałam przed oczami Nicka Nolte z jego nerwowością i graniem rodzinnego klauna, Shirley McLaine jako matki skonfliktowanej ze swoimi dziecmi oraz Barbary Streisand z jej brakiem profesjonalizmu jako terapeutki i wzrokiem skrzywdzonego spaniela. Wziąwszy cały ten obrazek pod uwagę chyba rozumiecie jak trudno było mi przebrnąc przez pierwsze 150 stron...

Historia znana z filmu jest inna niż ta autorstwa Pat Conroy, jak poinformowały mnie znajome z klubu, które przeczytały cały utwór, ale szkielet jest ten sam. Narratorem jest główny bohater, któremu nieukłada się z żoną, z córkami, z przełożonymi i który ma na tyle inteligencji i instynktu samozachowawczego, że widzi swoje problemy i wie, że musi się nimi zając, bo straci wszystko – żonę, córeczki, siostrę i szansę na jakiś zawodowy sukces. Tak jak i w filmie jego opowieśc rozpoczyna się także wraz z kolejną samobójczą próbą jego siostry bliźniaczki. Na wezwanie jej terapeutki główny bohater wybiera się w podróż do Nowego Jorku, gdzie ma pomóc w terapii siostry, której źródłem problemów jest to co przydarzyło się im wszystkim w dzieciństwie. Jest to więc raczej jego podróż ostatniej szansy... i tutaj zaczyna się mój problem.

Dr. Lowenstein, czyli terapeutka, popełnia jeden po drugim błędy w sztuce co jest po prostu nie do zaakceptowania. Poza tym widac, że sama ma problemy, co także podważa jej wiarygodnośc... a poza wszystkim ja chyba wyrosłam z takich pseudo psychologicznych powieści łamane przez romansidła. Nie mam nic przeciwko nim, jednak ja mam poczucie straty czasu czytając je... tak jak i kryminały.

Dlatego wrzucam tą książke w kategorię "straty czasu"....

Hurra! Skończyłam czytać książkę!

No dobrze, jak na osobę piszącą o książkach jest to stwierdzenie nieco śmieszne, ale tak właśnie było! Nie wiem jak wy, ale ja nie potrafię nieskończyć książki i rozpocząć następnej, chyba że po prostu jestem tak znudzona, że po prostu rezygnuję z przeczytania.

Z tą było inaczej, bo gdy zaczęłam czytać o tych zmianach w branży filmowej w latach 60-tych, książka po prostu mnie wciągnęla. Więcej o samej książce w następnym wpisie. Problem polegał nie na samej książce, ale na tym ile w ciągu ostatnich 3 miesięcy zdarzyło się. Znaleźliśmy w końcu dom, który nam się podobał, a nie łatwo było pomimo kryzysu! Później domykanie transakcji, które tutaj nie tylko trwa, ale i włącza znacznie więcej osób! W końcu po przeprowadzce i jako takim rozgoszczeniu miałam dość groźny wypadek, choć i dużo szczęścia także, bo wyszłam z niego cała i zdrowa, a tylko samochód do naprawy.




W tym czasie próbowałam czytać... ale czasu mało i głowy do tego nie miałam, a książka na tyle interesująca i zawierająca tyle ciekawostek, nawet dla osoby spoza przemysłu filmowego, że chciałam ją skończyć. Zresztą sami zobacznie ile ciekawostek pozaznaczałam.

Kindle - twój ale nie calkiem....

Może pamiętacie mój wpis o Kindle i skasowaniu Orwella z tego urządzenia u wielu jego użytkowników. Ostatnio podano, że skasowano niektórym także notatki! Justin Gawronski, któremu skasowali je, podał sprawę do sądu i wygrał, czyli Amazon zapłaci, bo wynegcjowano ugodę.

Oczywiście Amazon przeprasza nie tylko tego chłopaka, ale także innych swoich klientów. Jednak nie sama ugoda jest ciekawa, ale inny aspekt tego nieforunnego skasowania książki. Otóż kupując Kindle większość z nas zakłada, że to coś należy do ciebie i ty decydujesz co zrobisz z urządzeniem, np. czy skasujesz jakieś pliki. Jak się okazuje producent może zdealnie zarządzać tym urządzeniem! To samo tyczy się także treści zapisanych na TWOIM Kindle, a więc po TWOJEJ stronie powinno być prawo do podjęcia decyzji o skasowaniu pliku lub byciu piratem - otóż nie! Okazuje się, że Amazon zaznacza, że zakup subskrypcji gazety oznacza zgodę na ZDEALNE i AUTOMATYCZNE skasowanie wcześniej załadowanych starszych edycji gazety, motywując to miejscem w pamięci urządzenia. Papierową gazetę stracisz gdy ją zgubisz lub wyrzucisz i możesz trzymać przez następne 100 lat!

Jak wcześniej już napisałam, nie jestem fanką tego urządzenia i do samych e-bookow nie mogę się przekonać, ale wygląda na to iż Amazon ma większy problem niż im wydaje się, a my użytkownicy urządzeń elektronicznych - więcej do doczytania "małym drukiem" w umowach....

Mój stosik, czyli nowa lista ciekawych książek do przeczytania!

No i nie było mnie na blogu bardzo długo. Na zaprzyjaźnionych blogach także nie pojawiałam się, a tyle książek przeczytanych i do przeczytania! Większosć blogowiczów pokazuje swoje stosy i stosiki. Ja nie składam ich tylko robię nową listę książek do przeczytania.

Wielkie dzięki za ciekawe recenzje i przede wszystkim za info o książkach polskich autorów!


1. "Margot" Witkowski Michał
2. "Skazani na ciszę" David Lodge
3. "Międzynami jest dobrze" Dorota Masłowska
4. "Przeklinam rzekę czasu" Pet Petterson
5. "Miłosć morderców" Dariusz Żukowski
6. "Joe Speedboat" Tommy Wieringa
7. "Kobiety i władza" Magdalena Sroda
8. "Single" Piotr Kępski
9. "Komórka" Ingo Schulze
10. "Moje skradzione życie" Renee Villancher - z blogu Ksiazki moja pasja
11. "Księga Małgorzaty" Judith Merkle Riley - z blogu Książki moja pasja
12. "Talki w podróży" Leszek Talko
13. "Miasto slepców" Jose Saramago
14. "Dziewczyna z zapałkami" Anna Janko - z blogu Zaułek książek
15. "Maud z Wyspy Księcia Edwarda" Mollie Gillen
16. "Ewangelia ognia" Michael Faber
17. "Jestem królem zamku" Susan Hill
18. "Jak tata przemierzał Afrykę" Ota Pavel
19. "Szczęsliwe lata udręki" Feur Jaeggy
20. "Tak kochali Galicjanie" Bogna Wernichowska
21. "Dom na pustkowiu" Andrea Maria Schenkel
22. "Wpadka" Rebecca Eckler

Kindle, czyli e-booki według Amazon...

... nie, dziękuję bardzo!

Dlaczego tak dramatycznie?! No dobrze, zacznijmy od pozytywów:
- kilkanaście książek w jednym pudełku!
- możliwość powiększania tekstu - BARDZO WAŻNE!
- ładowanie książek w tempie świetlnym - genialne?
- możliwość przewracania stron jedną ręką - ile ciastek można zjeść w tym czasie? mniam...
- książka, która się w końcu nie zamyka!

A teraz kilka "ciekawych" faktów:
- Amazon może usunąć książkę z twojego Kindle - czy chcesz by zabrano ci coś za co zapłaciłaś/łeś - już to zrobili klientom, którzy zakupili "1984" Orwella - ironia losu czy znak czasu i przyszłości dla nas i naszych dzieci?! Big Brother w najlepszym wykonaniu!
- na marginesie strony w czytanej książce może pojawić się reklama, np. hotelu w Toskanii jeśli akurat czytasz o tym regionie, lub np. butów do biegania jeśli czytasz o bieganiu... czyli znów ta natarczywa reklama!!!! Klienci, którzy zakupili Kindle nic o tym nie wiedzieli lub w dalszym ciągu nie wiedzą!
- użytkownik musi się zalogować by móc czytać książki, czyli po przyjściu z pracy w dalszym ciągu trzeba być zalogowanym do sieci... , czyli odcięcie się od technologii z książką nie jest możliwe!

Pewnie można argumentować, że dzięki reklamom będzie więcej książek dostępnych za darmo, a większość książek czytasz tylko raz, więc po co trzymać papierowe kopie. Jednak od czasu wynalazku Gutenberga, a dla tych najbogatszych jeszcze wcześniej, czytanie książki było, jest i miejmy nadzieje pozostanie czasem gdy można pobyć samemu lub pomilczeć razem czytając.

"The Painter of Battles" Arturo Perez-Reverte


To był ostatni raz kiedy sięgnęłam po książkę tego autora, niestety. Na tylniej okładce oczywiście peany, a w środku przeciętność i dłużyzna. Zdołałam przebrnąć jedynie przez 80 stron...
Bohaterami tej historii są światowej sławy fotograf wojenny Andre Faulques i Ivo Markovic oraz łącząca ich wojna na Bałkanach po rozpadzie Jugosławii. Ten pierwszy po sfotografowaniu nieznanego mu żołnierza uciekającego przed napierającą armią serbską zamieszcza świetną fotografię w którymś z magazynów i nawet zostaje za nią nagrodzony. Niestety nie wie, że przez to ten drugi traci żonę i syna w straszliwych okolicznościach, co staje się dla niego powodem do odszukania reportera i życia przez dłuższy czas z myślą o zamordowaniu go.

Jak to często bywa czas leczy choc częściowo rany i gdy w końcu Ivo odnajduje Andre zaczynają rozmawiać o wojnie, o okrucieństwie i zasadach tego świata. Rozmowa przeplatana jest wspomnieniami Andre o kobiecie jego życia, którą także stracił w trakcie tamtej wojny, o historii ich spotkania. Jak to u Arturo Perez-Reverte w tle zawsze jest sztuka... i tak jest tym razem, a więc opisy mniej lub bardziej znanych obrazów batalistycznych są wprowadzone jako analiza Andre do wykonania fresku w XIII wiecznej baszcie, którą zakupił z zamiarem uwiecznienia okrucieństw, które się naoglądał.
Co dalej zdarzyło się nie wiem i tak na prawdę to nie chcę wiedziec, bo dywagacje tych dwóch pokiereszowanych ludzi o okrucieństwie świata wydały mi się bardzo jałowe, a i ilośc information o malarstwie była po prostu przesadzona i dośc encyklopedyczna. Dlatego porzuciłam czytanie tej książki z nadzieją na przeczytanie czegoś bardziej interesującego...
Nie polecam a wręcz odradzam!

Kilka słów wyjaśnienia i usprawiedliwienia...

Otóż czuję się w obowiązku usprawiedliwić przed tymi, którzy zaglądali (i mam nadzieję, że wrócą po kolejnych postach) na mój blog, bo ostatnimi czasy zapuściłam się w pisaniu kolejnych postów. Powód ku temu jest jeden... kupujemy dom (strasznie jakoś to skomplikowane po tej stronie oceanu!) i w tej chwili już finiszujemy, więc trzymajcie kciuki, proszę. Po tym nastąpi oczywiście szaleństwo przeprowadzki, więc znów łatwo nie będzie, ale... czytam znów i będę pisać, a i do podczytywania blogów innych powrócę....

"Ex Libris" Anne Fadiman


Po przeczytaniu kilku rekomendacji tej książki, postanowiłam siegnąc po nią i nie zawiodłam się, choc do najłatwiejszych lektur nie należy, ale po kolei...

Anne Fadiman pochodzi z rodziny bibliofilii, bookoholików (jakoś lepiej brzmi niż książkoholików) i kompulsywnych korektorów, a więc książkami otoczona była odkąd pamięta a i rodziców bez książki w ręku też nie pamięta. Nic dziwnego więc, że książki oraz pisanie stanowią element nieodłączny w jej życiu i z tego powodu są swego rodzaju kamieniami węgielnymi. Jak ważnymi można przeczytac w tych kilkunastu opowiadaniach, w których każdy bookoholik odnajdzie obraz siebie choc w pewnym niewielkim procencie.

Dlaczego każdy czytający może w tych opowiadaniach odnaleźc siebie? To proste - autorka opowiada o sprawach najprostszych, a więc ponadkulturowych:
1. pyta o możliwośc życia bez książek? „Books wrote our life story, and as they accumulated on our shelves (and on our windowsills, and underneath our sofa, and on top of our refrigerator), they became chapters in it themselves. How would it be otherwise?”
2. o tym jak prywatne kolekcje książek stają się częścią osobowości i łatwiejsze wydaje się połączenie ciał w małżeństwie niż połączenie bibliotek... bo jak podjąc decyzję, które z podwójnych egzemplarzy zostawic, a ktore wydac... nie dla mnie to pytanie!
3. o lekcjach jakie dają nam historie zawarte w książkach, np. o wyprawach zdobywców biegunów, którzy poświęcili życie dla sprawy...gdy tak wielu z nas poświęca swoje dla znacznie mniej ważnych.
4. o tym, że miłośc i szacunek do książek nie ma nic wspólnego z wykształceniem i jak sławni pisarze i mysliciele mocno byli związani ze swoimi księgozbiorami.
5. o książce jak nic przekazywanej z pokolenia na pokolenie, która staje się sposobem na poznanie życia poprzednich pokoleń w ogóle i samej właścicielki książki sprzed 3 pokoleń; i o możliwości ciągnięcia tej nici w przyszłe pokolenia.
6. o zmiennej wartości książki czytanej w różnych momentach życia.

7. o ile ciekawiej czyta się książkę o miejscu, które albo właśnie odwiedza się, albo gdzie mieszka lub mieszkało się; i tak dla przykladu czytanie Steinbecka w Monterey w Kalifornii to nie to samo co czytanie go na Cannery Road (częśc Monterey). Bardzo się z tym zgodzę, bo mając okazję odwiedzenia tego miejsca i zobaczenia starych fotograffi fabryk puszkowanych sardynek i ludzi tam wtedy pracujących a tuż obok pieknych wiktoriańskich domów, czytanie Steinbecka może stac się wielką frajdą. To samo przydarzyło mi się gdy czytałam kryminał rozgrywający się w Los Angeles i krótkie zdanie o przebrnięciu przez korek na autostradzie 405 w godzinach szczytu, odbieram znacznie mocniej niż gdybym sama w tym korku nie stała!
8. o narzekaniu rodziców o braku zainteresowania młodzieży książkami widoczne właściwie tylko w domach gdzie te książki choc są to tylko stoją na półce, a nie jak w domach gdzie tych narzekań nie ma, bo książki są na nocnym stoliku rodziców i domowa cisza nie oznacza rozdzielenia a wspólne spędzanie czasu na czytaniu.
9. o spędzaniu czasu na wspólnym oglądaniu telewizyjnych teleturniejów jak „Milionerów” czy „Va Banque” gdzie trzeba wykazac się wiedzą i szybkością.
10. o kompulsywnym korektorstwie nawet restauracyjnego menu, bo w końcu miłośc do poprawności jezykowej nie przestaje działa nawet gdy jesteś na wakacjach na Florydzie!
11. o fetyszach pisarzy, ktorzy dzięki nim rozładowują swoje frustracje i zawsze mogą winę zwalic na czynnik zewnętrzny lub chcąc byc skromnym jemu przypisac swoj sukces.
12. o czytaniu książek i nagłym przypływie apetytu kończącym się najazdem na lodówkę nawet po północy!

i jeszcze kilku innych tematach dobrze znanych czytającym w nadmiarze...

Trudnością w czytaniu tej książki w oryginale, przynajmniej dla mnie, były ilośc słówek, których jeszcze nie znałam, a były to takie wyrażenia, których wielu wykształconych Amerykanów nie zna. Do tego przeciętny czytelnik spoza Stanów nie jest tak dobrze zaznajomiony z literaturą amerykańską by używane przykłady czy odniesienia do poszczególnych tytułów miały silny wydźwięk.

Tym nie mniej jest to książka warta rekomendowania. Dzięki za wasze wpisy „z lektur prowincjonalnej nauczycielki” oraz „przeczytałam książkę”!

Po przerwie....

Po miesięcznej przerwie w pisaniu i czytaniu spowodowanej tzw. sprawami życiowymi wracam do pisania! Nareszcie! Nareszcie!

"Unaccustomed earth" Jhumpa Lahiri


Jhumpa Lahiri nagrodzona Pulitzerem w 2000 za „Tłumacza chorób” powraca zbiorem opowiadań zatytułowanym „Unaccustomed earth” czyli w luźnym tłumaczeniu „Na obcej ziemi”.

Głównym bohaterem każdego z opowiadań jest rodzina z dysfunkcjami, rodzina immigranta w ogóle i ich trudności, m.in. adaptacyjne. We wszystkich narratorami są dzieci, które przybyły do nowego kraju jako oseski lub urodziły się już na obcej ziemi. Dzięki temu punktowi widzenia opowiadania uwidaczniają nie tylko różnice pokoleń w ogóle, ale też różnicę w mentalności pomiędzy pokoleniem imigrantów, którzy pozostawili rodziny w starym kraju, w Indiach, i ich dziećmi.W opowiadaniach konflikt pokoleń i konflikt kulturowy wraz z konfliktem wewnętrznym immigranta są ze sobą powiązane tak mocno, że trudno jest określić nawet co jest czym, bo tak bardzo jest uwewnętrznione. Genialnym przykładem tego jest niechęć do podporządkowania się tradycji aranżowanego małżeństwa ze strony dzieci (małżeństwo Hindusa z Amerykanką i odsunięcie się od swojej kultury czego żałowała żona, której brakowało rodziny męża lub małżeństwo Hinduski z Brytyjczykiem, który zupełnie nie jest zainteresowany jej tradycjami i ona przestaje je kontynuować) w przeciwieństwie do typowego dla wielu immigrantów hołdowania tradycji tutaj pokazanej w formie poszukiwania drugiej żony przez aranżowane małżeństwo (wdowiec, który stracił żonę w wyniku raka, sprowadza sobie drugą żonę dzięki pomocy rodziny w Indiach, ale jego dorosły syn nie może tego zaakceptować). Gdzie tutaj jest konflikt pokoleniowy a gdzie konflikt kulturowy? Konia z rzędem kto potrafi ten supeł rozwiązać!

Takie właśnie są opowiadania w tym tomie - napisane bez zbędnych ozdobników, wątków pobocznych czy sugerowania oceny postępowania, o tym co doytyczy nas wszystkich bez względu na miejsce zamieszkania, pochodzenia, religię, kolor skóry itp. Jest to także wspaniała zachęta dla mnie do przeczytania „Imiennika”, czyli „The Namesake”.

Na prawdę godna polecenia książka!

"Ostatni mazur" Andrew Tarnowski


Na sobotnim spotkaniu internetowego klubu rozmawialiśmy i utworze “Ostatni mazur”. To książka o Polsce i Polakach napisana przez Brytyjczyka polskiego pochodzenia. Oryginał w języku angielskim może być doskonałym prezentem dla obcokrajowca.

Ta książka ma dwie warstwy bardzo mocno ze sobą splecione.

Jedna warstwa to osobista historia Brytyjczyka polskiego pochodzenia (nie Polaka od dzieciństwa mieszkającego w W. Brytanii!), który poszukuje swoich korzeni. Z opowieści ojca, ciotki, pamiętników innych arystokratów składa historię rodziny, która z bardzo zamożnej, rozlegle skoligaconej, utrzymującej bliskie stosunki zarówno między sobą, jak i z wieloma arystokratycznymi rodzinami w Europie i nie tylko, stała się raczej uboga i rozproszona. Pomimo arystokratycznego pochodzenia, od początku XX wieku to rodzina mozolnie budująca swój majątek. Autor opisuje polowania i zabawy, ale także pracę, szczególnie, kobiet w jego rodzie, które miały silnie wpojone poczucie obowiązku zajmowania się podległymi chłopami, służbą i ubogimi w ogóle. Jest w tych opowieściach nostalgia za czasami, które odeszły, choć miały też swoje cienie.
W tej części opisującej cienie, historia jest raczej smutna – zaaranżowane tułaczką wojenną małżeństwo rodziców autora nie jest w stanie przetrwać trudnych czasów i warunków. Ojciec raptus bijący żonę, długie rozłąki małżonków, a w końcu rozstanie by każde mogło iść własną drogą. Matka wychodzi zamąż za Szkota, który staje się ojcem dla jej syna (autora) a ona matką dla jego synów. Polski ojciec autora tuła się po Wielkiej Brytanii i w końcu znajduje kobietę, która może z nim wytrzymać i zakłada nową rodzinę, w której autor nie uczestniczy w ogóle. Ojciec z nową rodziną przenosi się do komunistycznej Polski. Sam autor jest wychowywany na Brytyjczyka z wyboru matki, więc wielu polskich tradycji nie poznaje, a polskiego uczy się właściwie dopiero będąc na placówce w Polsce w latach 80-tych jako dziennikarz Reuters’a. Dzieciństwo wojenne autora, jak i wielu z jego pokolenia to czas tułaczki i biedy.
Gdy w końcu jako dorosły człowiek autor nawiązuje kontakt z ojcem, jest to relacja trudna właściwie zawsze kończąca się awanturą. Rodzina odzyskuje zrujnowany pałac w Dzikowie i zaczyna się kolejny rozdział odbudowy w jego dziejach. Udaje się także zoragnizować spotaknie całej rodziny, ale jak to w rodzinie, niestety nie obywa się bez zgrzytów, niesnasek i braku chęci do współpracy. Wszystko to razem tworzy niepiękny obrazek.

Druga warstwa to ta którą dzieliło wielu z pokolenia rodziców autora, których młodość przypadła na czas dwudziestolecia międzywojennego i drugiej wojny światowej. Opis budowania życia po odzyskaniu wolności przez Polskę w 1918 i udziału w tym procesie arystokracji, a jednocześnie podążanie za nowoczesną Europą. W międzyczasie wojna z bolszewikami w 1920 roku. Do tego trzymanie się tradycyjnej relacji pan-chłop, gdzie ten drugi za nogi łapie i w ręke całuje, a ten pierwszy jest tym, który opiekuje się. Pokazane jest życie w dobrobycie, choć dla dzieci było to życie bez rodziców, nieudane małżeństwa, romanse i skandale, a przede wszystkim poczucie obowiązku. Choć przez pierwsze 50 stron książki na myśl przychodzi Mniszkówna, to jednak im dalej tym lepiej, bo autor jednak zawiera krytyczną ocenę niektórych zachowań.
W tej części książki pokazana jest także tułaczka jaką odbyło kilkadziesiąt tysięcy Polaków z armią Andersa i bez niej także. Droga przez Rumunię, Jugosławię, Izrael, Egipt by w końcu wylądować spowrotem w Europie. Istna wędrówka ludów, choć trudna dla nas do wyobrażenia, bo bez możliwości skontaktowania się z najbliższymi, z których część wojny nie przeżyła. Autor opisuje także, jak wiele dórb zostało zniszczonych i bezpowrotnie straconych.

Generalnie jest to książka dla osób, które nie znają tej części historii drugiej wojny światowej, a które chciałyby tą wiedzę poszerzyć i połączyć to z w miarę przyjemną lekturą.

Jest to jedna z tych książek, które są na granicy pomiędzy „warto przeczytać” a „stratą czasu”.

"The Door to December" Dean Koontz


W poprzednim poście wspomniałam o audiobookach, a więc teraz po raz pierwszy wrzucam wpis o wysłuchanej książce.

"The Door to December" to kryminał, a więc historia dobra do biegania. Wzięłam ją z półki w bibliotece, bo tez i lokalizacja akcji, czyli Los Angeles dodaje odrobinę więcej przyjemności w słuchaniu lub czytaniu.

Historia zaczyna się bardzo krwawo, bo od morderstwa 3 osób, które okazują się być psychologami pracującycmi na zmianami behawioralnymi, a dokładniej nad deprywacją sensoryczną małej dziewczynki - głównej bohaterki, która okazuje się córką jednego z zamordowanych. Poza nią jest jeszcze dzielny detektyw i matka dziewczynki. Ci dwoje próbują uratować dziewczynkę od... kogoś kto w ich przekonaniu próbuje ponownie ją porwać. Nie wiedzą jednak kto, a sprawę dodatkowo utrudniają zjawiska nadprzyrodzone, które okazują się atakować tych, którzy byli jakoś związani z tymi eksperymentami. Jak się okazuje owe siły nadprzyrodzone to nie jakieś negatywne siły zewnętrzne, ale...

...i tutaj robi się interesująco, choć tylko przez moment, bo owe siły to negatywna energia płynąca z kilkuletniej dziewczynki poddawanej eksperymentom. Jest to kryminał gdzie zły jest w dziecku, czyli właściwie w każdym z nas. I jest to jedyna zaleta tej książki... jeśli nie liczyć mojego biegania, oczywiście!

Z tych właśnie powodów zaliczam tą książkę zarówno do Rekomendowanych jak Straty czasu.

Audioksiążki zwane także audiobookami

Jak może już zauważyliście nie często czytam kryminały, ale uwielbiam je słuchać. Dobrze przeczytana książka sprawia ogromną przyjemność w słuchaniu i jest doskonałym

Na pewno nie jestem pierwszą osobą, ale dotąd nie widziałam nigdzie by ktoś polecał słuchanie audioksiążek w trakcie biegania lub innych ćwiczeń i ja właśnie to chciałam Wam zaproponować i serdecznie polecić! Podczas biegu koncentracja na słuchaniu pomaga biec dalej i słuchać czy w końcu znaleźli mordercę, a i czas spedzony na bieżni jest jakiś taki krótszy...?

Także w trakcie dłuższych podróży samochodowych audioksiążka jest doskonała. Częste stanie w korkach typowe dla Los Angeles stało się nawet przyjemne, bo mogłam dłużej posłuchać kolejnego mrocznego kryminału. Dzięki temu nie denerwowałam się staniem i czekaniem, a też nie miałam poczucia straty czasu... którego zawsze za mało na czytanie.

Teraz gdy wiosna już jest i częściej chce się wyjść na zewnątrz, lubię połączyć nawet krótki spacer ze słuchaniem książki.

"Przystupa" Grażyna Plebanek - 1 sierpnia 2009


Powieść łotrzykowska o młodziutkiej Polce, która w poszukiwaniu pracy wyrusza w świat. Los rzuca ją najpierw do Warszawy, potem do Sztokholmu, gdzie wplątana w bójkę portową, podejrzana o zabójstwo i ścigana listem gończym przez niedoszłą kochankę obserwuje życie ludzi, u których zatrudnia się jako sprzątaczka. Milcząca obecność tytułowej bohaterki uruchamia lawinę wydarzeń, wydobywa na jaw mroczne tajemnice, uwalnia skrajne emocje, które w końcu doprowadzają do zbrodni. Oczami tej dziewczyny oglądamy życie polskich katolików, szwedzkich protestantów, ateistów, miłośników natury, zdeklarowanych kosmopolitów i beznarodowców szukających korzeni i tradycji. Z perspektywy „kosza na śmieci” przyglądamy się zwyczajom i nietypowym ciągotom seksualnym, przemocy i namiętnościom, pragnieniu władzy i obsesji robienia kariery, wzlotom i upadkom ludzi zarówno sławnych, jak i zwyczajnych, temu, co w „typowych” domach skrywa się pod powierzchnią „normalności”. Przygody sprzątaczki pakującej się w życiowe tarapaty po obu stronach Bałtyku to opowiedziana z ironicznym dystansem pikareska, która doprowadzi bohaterkę do samej siebie.

"Ja w pisaniu i czytaniu wierzę ciału i kiedy czytam coś dobrego, to wzbudza to we mnie dreszcz. A o dreszcze w literaturze chodzi." Grażyna Plebanek
Źródło recenzji: WP.pl/Książki

"Mój przyjaciel król" Józef Hen - 11 lipca 2009



To literacki portret życia i panowania Stanisława Augusta. Jego historię opowiada Gaston Fabre, wnikliwy obserwator i komentator zdarzeń. Ukazany jest jako ambitny i świadomy swej roli władca-patriota, który doskonale wie, co się dzieje w kraju i poza jego granicami. Opisując osiemnastowieczne dwory i panujące na nich obyczaje, kreuje rzetelny historycznie obraz, poparty dokumentami, listami i pamiętnikami Stanisława Augusta.



Recenzja z nakanapie.pl

"Białe zęby" czyli "White teeth" Zadie Smith - 6 czerwca 2009


Jeden z najgłośniejszych i najbardziej zdumiewających debiutów ostatnich lat. Napisana przez zaledwie 25-letnią autorkę obszerna, pełna epickiego rozmachu powieść o losach trzech rodzin emigrantów mieszkających w Londynie. Bohaterami powieści są: Archie, czterdziestosiedmioletni Anglik, życiowy nieudacznik, który wszelkie decyzje podejmuje, rzucając monetą, młoda Jamajka Clara Bowden, córka Świadków Jehowy, która na skutek nieoczekiwanych zdarzeń zostaje żoną Archiego, przybyły z Bangladeszu blisko pięćdziesięcioletni Samad, który walcząc z własnym słabościami, za wszelką cenę stara się zachować religijną tożsamość, ich przyjaciele i dzieci...

Losy wszystkich postaci śledzimy począwszy od 1975 roku, kiedy to rozpoczyna się akcja powieści, aż po rok 1999 (choć niezwykle ważne w powieści są dwa smakowite epizody związane z drugą wojną światową i powstaniem sipajów w 1857 r.). Pomimo wielości wątków i postaci czytelnik ani na moment nie gubi się w stworzonym przez Zadie Smith świecie. Misterna, przemyślana w każdym szczególe konstrukcja oraz znakomicie nakreślone, wyraziste postaci sprawiają, że Białe zęby czyta się jednym tchem. Dodatkowym walorem powieści jest jędrny, "buzujący" język. W powieściowym mikroświecie jak w lustrze odbijają się najważniejsze zagadnienia współczesności: problem tolerancji, asymilacji i tożsamości. Młoda autorka, która sama jest córką emigrantów z Jamajki, znalazła na mówienie o tych sprawach swój własny sposób - z pozoru dość zabawny, chwilami wręcz groteskowy, w istocie zaś bardzo dojrzały i mądry. Obok tej książki trudno przejść obojętnie. "Ta książka to zdumiewająco dojrzały debiut, zabawny i poważny, a autorka ma wyrazisty, rozpoznawalny styl rasowego pisarza. Czytałem Białe zęby z ogromną przyjemnością i sporym uznaniem. To powieść z pazurem". Salman Rushdie


Żródło recenzji: Onet.pl/Czytelnia

"Ostatni mazur" Andrew Tarnowski - 9 maja 2009



To książka napisana oryginalnie po angielsku, a więc można jką czytać zarówno po angielsku jak i po polsku.

Jak blisko jest Andrew Tarnowskiemu do Mickiewicza? Ostatni mazur, jak Ostatni zajazd na Litwie, przedstawia zmierzch pewnego świata. Tarnowski opowiada o polskiej przedwojennej arystokracji, opisując XX-wieczne dzieje swojego rodu i rodzin z nim skoligaconych. Na historię życia tych niedostępnych ludzi składają się nostalgiczne wspomnienia autora z dzieciństwa, zapamiętane opowieści jeszcze dalej sięgające w przeszłość rodu czy korespondencja rodzinna. Wizerunek, jaki się wyłania, daleki jest od ideału: pod pozorami miłości i rodzinnej lojalności kłębią się nieokiełznane namiętności, zdrada i rozpad więzi. Autor nikogo nie wybiela ani nie usprawiedliwia. Dąży do przedstawienia prawdy, czasem gorzkiej i niewygodnej. Opisuje rodzinne dramaty i zawirowania na tle wydarzeń, które wstrząsnęły światem. W czasie II wojny światowej członkowie rodziny rozpierzchli się po całym świecie: jedni uciekali przez bezdroża Rumunii i Jugosławii, inni czekali na koniec wojny we Francji, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii. Tam też rodzina Tarnowskich osiadła na stałe.
Źródło recenzji: Onet.pl/Czytelnia

"Ścianka działowa" Izabela Sowa



W pierwszą sobotę miesiąca przegadana została książka Izabeli Sowy. Jak się okazało książka podobałą się, więc po raz kolejny udało się.

A teraz o książce, która napisana jest z humorem, językiem młodym i dynamicznym, choć ma dość klasyczną strukturę. Akcja zawiązana zostaje na samym początku poszukiwaniem "świętego grala", czyli Brzytwy - detektywowi amatorce, mającej pomóc w kłopocie głównego bohatera. Znalazłszy tegoż Grala, główny bohater nie dostaje oczekiwanej nagrody, ale dostaje coś więcej, czyli możliwość poznania samego siebie. Oczywiście musi wyjść poza własną strefę komfortu i zobaczyć siebie i świat z nowej perspektywy...

Powierzchniowa historia, że się tak wyrażę, jest raczej smutna, bo o rozpadzie młodego małżeństwa, które gubi siebie jako jednostki i siebie jako parę. Autorka przedstawia młodych yuppies, którzy pobrawszy się chyba nie do końca chyba z właściwych powodów jakoś tam układają sobie życie, ale przeprowadziwszy się do nowego miasta z powodu kariery męża już nie są w stanie być razem. Żona zajęta mieszkanie, meblowanie itp. odsuwa się od męża by wkróce zauważyć, iż on już ma oddzielne życie, więc postanawia postawić tytułową ściankę działową, która jest tyle samo fizyczna co symboliczna i jest jej wyrazem zwrócenia jego uwagi na sytuację. I to jej się udaje... choć jak się okazuje za późno dla niej i dla nich.

Ta powierzchniowa historia to kanwa dla głównej części książki Sowy, która w sposób ironiczno, zabawny i tragikomiczny przedstawiła otaczającą rzeczywistość. Jest więc w tym raporcie:
- Marsz Tolerancji, na którym warto może bywać, ale jednocześnie żaden ze znajomych się nie pojawia, więc może jednak nie należy wyłamywać się z konwencji? Jednocześnie bohater odkrywa, że ludzie uczesniczący w nim, czyli w większości geye to jednak tacy sami ludzie.
"Skoro ma wziąć udział w pochodzie, musi znakleźć jakieś wymierne korzyści. A zatem:
a) Poczyni cenne obserwacje socjologiczne, to raz.
b) Z pewnością zyska w oczach znajomych; otoczenie Fiotronia darzy Marsz Tolerancji rosnącą sympatią. I poparciem, oczywiścieże ryzyko, niewystarczające zainteresowanie kluczowych mediów), ale czyniono pewne plany. Za rok, góra dwa, kiedy Marsz stanie się naprawdę trendy, Fiotroń będzie mógł się pochwalić, że był pierwszy, przed wszystkimi. Co nie znaczy, że teraz ma się rzucać w oczy..."
- wyznaczanie nowych standardów konsumpcji
"- Specjalistyczne książki zabraliśmy ze sobą. Biblioteczkę z beletrystyką skomponował zatrudniony przez Szarlotę fachowiec. Same najlepsze pozycje, głównie nowości.
- I jak? Jesteś zadowolony z wyboru?
Nie miał czasu ocenić. Zresztą nie o lekturę tu chodzi, a o wyznacznie nowych standardó konsumpcji. Pod tym względem Fiotroń należy do pokolenia sosu pesto. Kiedyś zagorzali fani Brygady Kryzys (do czego nie lubią się przyznawać, nawet po trzech drinkach z malibu), a obecnie kadra kierownicza w liczących się korporacjach. Co oczywiście zobowiązuje. Markowe ciuchy, zgrabna sportowa sylwetka (albo mocno wciągnięty brzuch), kosmetyki organiczne (wybó nie ma nic wspólnego z szcunkiem dla środowiska) i zakupy w delikatesach. Dawni wielbiciele mielonki wyjadanej z puczki wspólnym widelcem lub ubabranymi paluchami, dzieś preferują owoce morza, krem truflowy, pecorino romano, suszoną hiszpańśką szynkę. I pesto. Nawet zaskoczeni niespodziewaną wizytą wyczarują w mig egzotyczne menu do tysiąca ośmiuset kalorii. Podane na kwadratowych talerzach."
- obraz młodych, zblazowanych 30-to letni, którym już nie chce zmieniać się świata
"Ci [uczestnicy marszu] zgromadzenia na placu Matejki raczej nie trafią do programu "Uwaga". Z kolorowymi balonikami w dłoni wyglądają, jakby wybierali się na piknik do Ojcowa. Zbyt grzeczni, zwyczajni i stanowczo za młodzi. Jeszcze wierza, że im się uda, skrzywił się Dionizy, czując dziwny uścisk w piersi. Nie, żaden wielki ból egzystencjalny. Raczej smutek, jaki się odczuwa w pierwszy, naprawdę chłodny wrześniowy. Fiotroń zrozumiał nagle, że dla jego zblozowanych znajomych nie ma tu miejsca. Ich entuzjazm wypalił się w połowie lat dziewięćdziesiątych, a teraz mofą sobie pooglądać w telewizji, jak ktoś inny usiłuje zmienić świat. Jeszcze chwila a zostaniemy zepchnici na boczny tor, pomyślał, i aż pociemniało mu w oczach..."
- krótki rys bogatych nie mających marzeń, bo "bogatych stać na kaprysy, biednym muszą wystarczyć marzenia"
- obraz piekła kawalera, czyli wir randek
"W wir randek? Wielkie dzięki! Już to przerabiał, przez dwa lata taz zwanej wolności pomiędzy Penny a gorącą Andrea. Żenujące randki w ciemno z kobietami zdrapkami, nigdy nie wiesz, co się kryje pod warstwą sreberka. On zwykle trafiał na "spróbuj jeszcze raz". Albo na wyfiokowaną frustratkę dopytującą się "co będzie z nami" już po drugim spotkaniu. [...] Albo łzy. Jeden jedyny raz spróbował być brutalemżinsowej koszuli. [...]. Po tym traumatycznym wydarzeniu Dionizy zrezygnował z randek w ciemno, wybierając, za namową Debeściaka, nową formę rozrywki: przygody klubowe."
- brak radości z podróży bez planu i narzucanie sobie zadaniowości
"Fiotroń też by chętnie wyszedł, ale dokąd? Przecieśż nie będzie spacerował w kółko, dookoła swojego osiedla. Opuszczając jedno miejsce należy wcześniej określić nowy cel! Więc dokąd?"
- narzekanie na kobiety
"A te dzisiejsze kobiety? Boże święty. Co jedna to bardziej wymalowana. Jak pisanka. Tylko, że w środku puściuteńko. Nowoczesne wydmuszki."
- ludzie nieprzypadkowo "ubrani na luzie w ciuchy z najwyższej półki",
Jak widać z tych kilku urywków Izabela Sowa ludzi bawić się groteską i malować grubą kreską, co daje poczucie lekkości, ale nie pozbawia książki uszczypliwości, której czytelnikowi nie uda się ominąć... za co książkę chwalę.

Klubowicze uznali - warta polecenia!
Do usłyszenia na początku maja!

Marcowy przegląd blogów

Z ostatniego spotkania klubu jeszcze wpisu braj, ale choć z przeglądem marcowych wpisów już się uporałam i oto kolejna lista książek, którymi jestem zaciekawiona dzięki Waszym recenzjom, kochani!

Zaułek książek
W tym miesiącu tylko jedna pozycja ale za to bardzo ciekawie opisana. "Wiosna kamieni" to książka o budowie Notre Dame. Poza tym grtulacje z okazji nowego mieszkania!

Wieczór z książką
1. "
Betonowy ogród" Ian McEwan
2. "
Firmin" Sam Savage

Słowem malowane
1. "
Wieczór" Susan Minot
oraz wiele obrazów z "książką w ręku"


Sara Deever
1. "Krem władzy" C. Dovey

Przeczytałam książkę
1. "Kobiety wypędzone" Marianne Weber

Z lektur prowincjonalnej nauczycielki wybrałam cały zbiór i trochę mnie to przeraża, bo to znów wypłynięcie na morze szerokie i głębokie, ale dlaczego nie?!
1. "Zrozumieć świat" Wiktor Osiatyński
2. "Trzy połówki jabłka" Antonina Kozłowska
3. "Czystopis" Siergiej Łukjanienko
4. "Oko Ewy" Karin Fossum
5. "Kobiecość w obliczu zmian. Studia interdiscyplinarne" redakcja Aneta Chybicka, Beata Pastwa-Wojciechowska
6. "
Ludzie i książki" rozmowy Barbary Łopieńskiej
7. "Żar" Sandor Marai
8. "Ex libris" Anne Fadiman

Mól książkowy
1. "Pamiętnik z dekady bezdomności" Anna Jadwiga Łojewska

Miasto książek
Ten wpis nie jest o książce, ale o tym jak sobie radzić w czasach kryzysu, więc zamieszczam.
1. "Dom na kresach" Philip Marsden

Krytycznym okiem
1. "Zatopiona zima" James Hopkins
2. "Dzieci bohaterów" Lyonel Trouillot
3. "Dziewiętnaście sekund" Pierre Charras

Czytatnik
1. "Ruchome święto" Ernest Hemingway

"Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej" Michał Witkowski


No i pokolejnym spotkaniu. Trochę czasu już minęło, ale i tak piszę to podsumowanie. Książka podobała nam się, bo jest o Polsce i Polakach. Do tego napisana jest polszczyzną której nie nauczysz się na lekcjach polskiego (żyjąc poza granicami jest to łatwiejsze do zrozumienia, bo lokalnego języka także nigdy tak nie poznamy). Zainteresowanie wzbudził także autor, bo ma spojrzenie naszego pokolenia, a nie pokolenia naszych rodziców. Generalnie książka uznana została za wartą przeczytania...

A teraz słów kilka o książce.

Najnowsza książka Michała Witkowskiego to opowieści trzecioligowego cwaniaka śląskiego, który nabywszy komputer jako spłatę długu rozpoczyna swoje wpominki. Opisuje swoje w większości nieudane biznesy z lat 80-tych i 90-tych, kiedy to tworzyła się część dzisiejszych fortun ludzi wówczas już mających dostęp do informacji, a przede wszystkim energicznie wykorzystujących okazje do zarobku nadarzające się w trakcie szybkich zmian ekonomicznych i społecznych.

Język wykorzystany do tych wspominków to mieszanka języka żuli i cwaniaków z barwnym językiem śląskim. Daje to posmaczek lokalny, ale i poczucie swojskości, bo i gramatyka niezbyt doskonała. Wszystko razem daje wartkość i łatwość czytania.

Choć książka to wspomnienia głównego bohatera to jednak nie jest to jedna osoba a kompilacja dziejów polskich badylarzy, cinkciarzy, lichwiarzy i wczesnych biznesmenów oraz ludzi po prostu próbujących szczęścia w nowej rzeczywistości. Dlatego też nie jest on zbyt skomplikowany, bo nie o to przecież chodzi, choć niewątpliwie myśli na tyle by przyjrzeć się i zastanowić nad szybkimi zmianami wokół. I o tym jest ta książka – spojrzeniem na niedawną historię Polski bez zacietrzewienia, bez politykowania. Jest więc przywołana znana historia zaskakująco szybkiego powstania sieci kantorów. Jest także historia powstawania takich organizacji jak Amway czy Zepter bazujących na „pozytywnej manipulacji”, „personalnym zaangażowaniu” i nowomowie wzorowanej na anglojęzycznych zwrotach. Jest także wspomnienie o pierwszych siłowniach bez szafek i pryszniców gdzie ćwiczyli do upadłego „ochroniarze”. Witkowski wspomina także o duraleksach, Relax’ach, zegarkach elektronicznych z kalkulatorkiem, aż się łezka w oku kręci.

Te wszystkie wspominki są właściwie nie tyle o zmianach ekonomicznych co o wartościach i przetasowaniu ich, czyli że pieniądz rządzi światem a tak być nie powinno. Witkowski przedstawia bohatera kontemplującego swoje dolary, swoje sztabki złota z przyjemnością wręcz perwersyjną. Bohater w końcu dochodzi do wniosku, że pieniądze to nie wszystko oraz że pieniądz robi pieniądz jedynie gdy jest w obiegu i zaczyna mieć wyrzuty sumienia. Jest to zgrabne wejście dla wątku wiary, silnej wiary (symbiliczne mohery też się przewinęły) i odkupienia w formie pielgrzymki do Lichenia, bo przecież zdobywanie pieniędzy nie jest sprawą czystą.

Jest także historia rodzinna o trzech ciotkach, których młodość przypadła na lata wojny i czasów ciężkiej komuny, a które nie potrafiły dostosować się do nowych warunków. Jest to nierozliczona historia, która kończy książkę w formie załamania się tego myślącego cwaniaka, którym zaopiekuje się prostszy od niego pomocnik – alter ego bohatera.

Na koniec słów kilka o autorze.
Młody, trzydziestoparoletni pisarz z Wrocławia mieszkający w Warszawie. Ukończył polonistykę i zarzuciwszy rozpoczętą pracę naukową nastawił się na pisanie i od 2001 regularnie publikuje. A oto oficjalna strona pisarza.

Podsumowując spotkanie internetowe było udane, a książka warta przeczytania.

"Loving Frank" Nancy Horan


Sięgnęłam po tą książkę z polecenia moich lokalnych bibliotekarzy, których nigdy, ale to nigdy nie należy pytać o polecenie ciekawej książki, bo jak otworzą usta to ... nic tylko nagrywać, bo zaraz litanie tytułów podadzą.

No więc zaczęłam czytać tą opartą na faktach powieść o Marth'cie "Mamah" Cheney z domu Borthwick - intelektualnym partnerze i kobiecie życia Franka Lloyda Wrighta . Tak, tego nazwiska wielbiciele słynnego architekta właściwie nie znają, bo i skąd skoro po skandalu obyczajowym początku XX wieku nie mówiło się o niej, a i jej tragiczny los nie sprzyjał temu. Towarzystwo FLW w dalszym ciągu z niechęcią wspomina tą kobietę pomimo iż tyle czasu upłynęło i tak wiele (a może raczej niewiele?!) zmieniło się w stosunkach społecznych.

Ale od początku... Mamah Borthwick była kobietą niezależną, wychowaną przez swoją najstarszą siostrę, która przejęła rolę matki nie tylko dla niej, ale także dla średniej siostry. Dzięki temu poświęceniu Mamah zdobyła wykształcenie bardzo wykraczające ponad przeciętną nie tylko wówczas, ale i obecnie nie miałaby się czego powstydzić. Władała sześcioma językami i była tłumaczką literatury kobiecej i feministycznej. Będąc samodzielna i niezależna nie chciała utracić radości życia rodzinnego. Po spotkaniu wielu apsztyfikantów, którzy okazywali się mało interesujący intelektualnie, spotyka Edwina Cheney'a inżyniera elektryka otwartego na nowoczesność. Pobierają się i mają dwoje dzieci, ale jednak ich życie małżeńskie nie jest udane, bo Mamah ciągle szuka... stymulacji intelektualnej.

W 1910 Edwin i Mamah zlecają młodemu, nowoczesnemu i modnemu architektowi przebudowę swojego domu. Kim był architekt wymieniać nie trzeba. Fakt, faktem - ognisty romans się zaczął i trwał przez całą przebudowę domu. Sąsiedzi wkrótce się o nim dowiedzieli dzięki przypadkowemu podglądaniu miłosnych igraszek tych dwojga przez nastoletnią córkę sąsiadów (warto przytoczyć tutaj ciekawostkę ze spotkania z autorką, że owe feralne okno zostało natychmiast zabite deskami i pozostawało w takim stanie przez następne 80 lat!). Nadchodzi moment, gdy muszą podjąć decyzję - oboje odchodzą od swoich małżonków i pozostawiają dzieci (ona dwoje, on sześcioro). Zaczynają żyć najpierw osobno by wkrótce wyjechać razem (choć osobno) do Niemiec, gdzie zostają odkryci dzięki prasie bulwarowej. Po pobycie w Berlinie gdzie wydano publikację z projektami FLW wyjeżdżają do Włoch, gdzie we względnym spokoju żyją przez około rok. Odwiedzają też Japonię, gdzie już wóczas sławny i poważany architekt FLW tworzy swoje budowle i staje się importerem sztuki japońskiej, co pozwala mu na utrzymanie siebie i Mamah oraz żony i dzieci. Mamah w międzyczasie tłumaczy publikacje szwedzkiej ferministki, choć ze względu na wywołany skadal obyczajowy ma trudności z ich wydaniem w Stanach.

Po tych wojażach i rozwodzie Mamah, który otrzymuje w 1911, wracają do USA i osiadają w posiadłości Tielesin w Green Spring w Wisconsin. Tam FLW buduje dla nich dom , który ma stać się ich zaciszem i miejscem pracy dla obojga. Projekt zostaje zakończony i dzięki zbieractwu FLW wyposażony w autentyczne dzieła sztuki z różnych części świata. Niestety nie jest im dane cieszyć się tam wspólnym życiem - 15 sierpnia 1914 roku służący Julian Cartlon podpala dom i atakuje Mamah siekierą. W tej tragedii ginie ona i jej dwoje dzieci, a także czworo innych ludzi. Ta tragedia to koniec ważnego rozdziału w życiu FLW, który rzadko wspomina tą dzielną i w zgodzie ze sobą żyjącą kobietę w tamtych czasach.

Przytoczyłam całą historię, ale jestem pewna, że nie zabrałam przyjemności czytania. Nancy Horan opisała tą historię z punktu widzenia Mamah, czyli tej złej, bo rozbijającej rodzinę kobiety. Przedstawiła rozterki kobiety wykształconej i niezależnej intelektualnie, które od tamtych czasów nie wiele zmieniły się. Jej chęć kształcenia się okupiona jest koniecznością pracy i nauki jednocześnie. Jej chęć podążenia za naturalnym i społecznym (tutaj nie będę dyskutować o tym) dążeniem kobiet do założenia rodziny i posiadania dzieci. Jej walka o niezależność finansową, która nie istaniała dla kobiet na początku XX wieku a dla nas jest tak normalna, warta jest odnotowania. Wybrany cytat z Goethego "Każdy żyje tylko raz na tym świecie" ("One lives but once in the world") jest pięknym streszczeniem życia Mamah Borthwick Cheney.

Poza tą warstwą faktograficzną i psychologiczną, Nancy Horan opisuje także bohemę artystyczną i intelektualną Berlina tuż przed pierwszą wojną światową. Wprowadza takie postacie jak wiodąca przedstawicielka ekspresjonizmu niemieckiego
Else Lasker-Schuler, która w książce przyjaźni się z Mamah, choć prawdopodobnie jest to fikcja dodana przez autorkę. Wprowadza także postać, która odegrała ważną rolę w życiu głównej bohaterki, Ellen Key - szwedzka feministka, która swoim stwierdzeniem "Uzasadnione prawo do wolnej miłości nigdy nie może zostać zaakceptowane, jeśli istnieje dzięki poświęceniu miłości macierzyńskiej."odcisnęła mocne psychologiczne piętno nie tylko na Mamah, ale i na kobietach, a wszczególności na szwedzkim społeczeństwie, gdzie jej nadrzędne podejście do miłości macierzyńskiej i konieczności wspierania i ochrony matek jest widoczne w polityce społecznej do czasów obecnych.
Polecam tą książkę by poznać nie tylko Mamah, ale popatrzeć na Stany i Europę tamtych czasów, na sufrażystki i kobiety po prostu chcące być wolnymi intelektualnie.

P.S. Jeśli zainteresowani jesteście żonami FLW to podaję (choć nie czytałam) także link do innej książki na ten temat "
The Women" Valerie Ryan.

Lutowy przegląd blogów

Od ostatniego przeglądu zaprzyjaźnionego bloga minął spory kawał czasu. Stwierdziłam więc, że muszę zmienić formułę "Listy potencjalnych lektur" i postanowiłam zasiadać raz w miesiącu by zrobić sobie przegląd zaprzyjaźnionych blogów.

A oto co znalazłam w lutowych wpisach:
Zosikowe lekturki
"Ładne duże amerykańskie dziecko" Judith Bunitz
"Na plaży Chesil" Ian McEwan

W moim świecie książek
"Dziesiąta symfonia" Joseph Gelinek - wpis z 7 lutego 2009

Książko-landia
"Ryszard Kapuściński - biografia pisarza" Beata Nowak i Zygmunt Ziontek
"Mefisto" John Banville

Krytycznym okiem
"Porwanie sabinek" Jacek Inglot

Krótkotrwałe zniekształcenie rzeczywistości
"Szczelina" Doris Lessing

Czytelnia
"Biała lwica" Mankell
"W ogrodzie pamięci" Joanna Olczak-Ronikier

Czytatnik
"Paryż Montparnasse. Rozkwit sztuki nowoczesnej 1910-1940" Valerie Bougault
"Toulouse-Lautrec. Biografia" Julia Frey

Całkiem subiektywne recenzje książek
"Bambino" Inga Iwasiów

Z lektur prowincjonalnej nauczycielki
"Kamieniczka" Edyta Szałek
"Tajemnica Kopernika" Jean Pierre Luminet
"I człowiek stworzył Bóg" Pascal Boyer

No i to wszystko w lutym!

"Trzynaście" Marcin Świetlicki


"Trzynaście" Marcina Świetlickiego to niby kryminał, bo trup jest, ale w gruncie rzeczy to farsa, która dla mnie wcale śmieszna nie jest. Przeczytałam tą książkę w ramach Polskiego Klubu Książki i dobrze, bo dzięki temu mam zdanie na jej temat, jale to właściwie wszystko pozytywne co na jej temat mogę powiedzieć.

Głównym bohaterem jest podstarzały dziecięcy aktor, który po swojej „wielkiej” roli w serialu sprzed lat 30-tu nic więcej artystycznie nie wskórał. W międzyczasie przytył i rozpił się, ale jego sława jakoś przygasnąć nie może, bo serial jest w dalszym ciągu pokazywany i nowe pokolenia podziwiają go, choć mocno są rozczarowane spotkawszy go osobiście.

Bohaterami książki są także Kraków i po części skontrastowanie różnic kulturowych pomiędzy Krakowem i Warszawą. W tej książce to pierwsze miasto wydaje się skoncentrowane na tym by niewiele zmieniło się w nim a jego rozmiar jest jakiś taki mały, bo akcja toczy się w obrębie kilku knajp i Małego Rynku i wszędzie można dojść piechotą. To drugie przedstawione jest jako miasto szybkiego interesu, działania z rozmachem i braku przywiązania do tradycji, bo większość "tutejszych" to ludzie napływowi rządni władzy i pieniędzy. Zważywszy na to, że autor pochodzi z Lublina nie można posądzić go o przechylenie szali na czyjąś korzyść i nie ma się takiego poczucia.

Poza tymi głównymi bohaterami, są jeszcze inni – i to całe grono! Jest więc jakaś rosyjska gwiazda; jest inspektor przed emeryturą regularnie bity przez żonę; jest właściciel baru w którym regularnie pija bohater; jest fanka aktora, która zostaje zamordowana; jest kolejna wielbicielka mająca nadzieję na rozkochanie w sobie aktorzyny; jest i wydawca, który podsuwa do podpisania umowę na wyłączność wszystkiego co aktor może stworzyć lub chcieć stworzyć; jest podwładny wydawcy, który zakochuje się w zamordowanej fance (oczywiście przed jej zamordowaniem). Słowem jest cały zbiór charakterów i interesów, ale ani bohaterowie, ani wątki nie wydają się rzeczywiście powiązane ze sobą. Przeskakiwanie od jednego do drugiego jest sztuczne i nic nie wnosi.

Język w tym utworze jest poszarpany, a zdania tak krótkie, że ma się wrażenie iż autor przedstawił nam szkic postaci i utworu. To wrażenie pogłębia także jednowymairowość i jakiś taki bezwład bohaterów.

Podobno wydano także „Dwanaście” i „Jedenaście”... ale ja już na nie czasu nie stracę.

A teraz słów kilka o autorze możecie znaleźć na załączonym linku.
Marcin Świetlicki, rocznik 61, zerkający ze zdjęcia na tylnej okładce jakoś tak pasuje mi do wyobrażonego przez ze mnie wyglądu głównego bohatera.

No i to tyle na temat tej książki...nie wartej mojego czasu.

"Balzakiana" Jacek Dehnel


W zeszłą sobotę porozmawialiśmy o entuzjastycznie recenzowanej „Balzakianie” Jacka Dehnela.

W tych czterech nowelkach, bo te utwory to jednak wydają się trochę za długie na miano opowiadań, autor przedstawił grupę ludzi powiązanych ze sobą więzami krwi, planami życiowymi i zawodowymi oraz zależnościami finansowymi – słowem powiązani na wszystkie możliwe sposoby. Jak zwykle na takich obrazkach znaleźć można różno rodność egzemplarzy do obejrzenia.

A oto bogaterowie poszczególnych nowel:
„Mięso wędliny ubiory tkaniny”
- państwo Ściepkowie z ich żelaznymi zasadami w sprawach wychowania swoich córek, traktowania pracowników i prowadzenia firmy, bez aspiracji do wygodnego życia choć z chęcia życia wystawne po przejściu na zasłużoną emeryturę,
- starsza córka państwa Ściepków żyjąca praktycznie kropka w kropkę jak rodzice z mężem wybranym jej przez ojca, czyli najlepszym pracownikiem w jego firmie, która mając małe wymagania osiąga stabilizację życiową, choć pytanie o to czy szczęśliwa jest ona, jej mąż i oni razem pozostaje otwarte;
- młodsza córka państwa Ściepków, która po zajściu w ciąże szybko wiąże się z ojcem dziecka – artystą malarzem, który okazuje się człowiekiem maluczkim goniącym za sławą lub odbitym światłem sławy innej kobiety, wzgardzaja jej miłością i tracąc ją dosłownie.
„Tońcia Zarębska”
- tytułowa bohaterka, która mając możliwość studiowania wybiera prostą pracę bufetowej i dorabia się z tego niezłego majątku, który jednak nie daje jej szczęścia rodzinnego i pozostaje tzw. starą panną
- pozostałe 5-cioro rodzeństwa to mniej lub bardziej interesowni ludzie, którzy jakoś tam przędą swoje życie i radzą sobie ze swoimi problemami lepiej lub gorzej; jest siostra wyliczające cudze pieniądze, jest żona alkoholika wychowująca dzieci samotnie, jest siostra zajmująca się obłożnie chorym mężem, jest brat siedzący pod pantoflem swojej żony.

„Miłość korepetytora”
- korepetytor, czyli główny bohater pochodzącyc z tzw zubożałej szlachty i jako ostatni noszący rodowe nazwisko, szybko uczy się iż przez uważną obserwowację można udawać kogoś kim nie jest i dawać ludziom to czego oczekują, który dzięki wiedzy o antykach i przyjaźniach z kobietami ustawia się życiowo, aż do momentu gdy natrafia na swoją pierwsza i jak się ma okazać ostatnią uczennicę
- panna Angelica (czasami pisana Andżelika) Włosówna, znudzona nastolatka pod wpływem swojego korepetytora staje się wytrawną bywalczynią imprez kulturalnch z udawaną wiedzą, której miłość zostaje odrzucona przez korepetytora i która jednak przerasta w końcu mistrza-korepetytora w pozowaniu na kogoś innego.

„Blaski i nędze życia artyski estrady na zasłużonej emeryturze”
- Halina Rotter pracująca przez wiele lat w centrali drewna po szybko zakończonej karierze estradowej właśnie odchodzi na emeryturę i cóż... a no zachciało się wielkiego powrotu przez... Moskwę, za który trzeba będzie samej zapłacić,
- wnuczka bedąca młodą naiwną, która niechcący zachęca babkę bo jej „kochaś” zawrócił jej w głowie
- „kochaś” okazuje się okrutnym karierowiczem i wykorzystywaczem.

W tym krótkim opisie bohaterów zawarta jest właściwie kwintesencja książki... czyli różnorodność ludzi, ich pragnień, ich charakterów. Dehnel wziął gotową formułę Balzaka, któremu oddał cześć nadając książce właściwy tytuł i chwała mu za to, ale tak na prawdę nic nowego nie wniósł. Użył konstrukcji tego wielkiego pisarza, czyli zdefiniowania celu bohatera i pomachania mu tą marchewką przed nosem by wkrótce ją zabrać bez skrupułów, i jego stylu, czyli opisywania sytuacji i emocji w najmniejszych szczegółach. Nie jest to bynajmniej przygana, bo jak wielu pisarzy decyduje się na tak trudne zadanie?! Właśnie język użyty w tej książce doceniam najbardziej, bo jest rzecz obecnie rzadko spotykana.

Podsumowując zgodziłyśmy się, że nie tylko warto było przeczytać, ale też dzięki stylowi pisarskiemu bardzo dobrze czyta się „Balzakianę”.
A tutaj jeszcze linki do recenzji innych o tej książce:

Do usłyszenia w przyszłym miesiącu 7 marca 2009!