"Prince of Tides", czyli "Książę przypływów" Pat Conroy


Książka nie nowa, ale zaplanowana na październik w moim miejscowym amerykańskim klubie książki. Niestety dla mnie był to chybiony wybór, choc nie żałuje podejścia do niej.


Jak wyżej napisałam było to „podejście” bo całej książki nie zdołałam przeczytac, bo jednak ciągle miałam przed oczami Nicka Nolte z jego nerwowością i graniem rodzinnego klauna, Shirley McLaine jako matki skonfliktowanej ze swoimi dziecmi oraz Barbary Streisand z jej brakiem profesjonalizmu jako terapeutki i wzrokiem skrzywdzonego spaniela. Wziąwszy cały ten obrazek pod uwagę chyba rozumiecie jak trudno było mi przebrnąc przez pierwsze 150 stron...

Historia znana z filmu jest inna niż ta autorstwa Pat Conroy, jak poinformowały mnie znajome z klubu, które przeczytały cały utwór, ale szkielet jest ten sam. Narratorem jest główny bohater, któremu nieukłada się z żoną, z córkami, z przełożonymi i który ma na tyle inteligencji i instynktu samozachowawczego, że widzi swoje problemy i wie, że musi się nimi zając, bo straci wszystko – żonę, córeczki, siostrę i szansę na jakiś zawodowy sukces. Tak jak i w filmie jego opowieśc rozpoczyna się także wraz z kolejną samobójczą próbą jego siostry bliźniaczki. Na wezwanie jej terapeutki główny bohater wybiera się w podróż do Nowego Jorku, gdzie ma pomóc w terapii siostry, której źródłem problemów jest to co przydarzyło się im wszystkim w dzieciństwie. Jest to więc raczej jego podróż ostatniej szansy... i tutaj zaczyna się mój problem.

Dr. Lowenstein, czyli terapeutka, popełnia jeden po drugim błędy w sztuce co jest po prostu nie do zaakceptowania. Poza tym widac, że sama ma problemy, co także podważa jej wiarygodnośc... a poza wszystkim ja chyba wyrosłam z takich pseudo psychologicznych powieści łamane przez romansidła. Nie mam nic przeciwko nim, jednak ja mam poczucie straty czasu czytając je... tak jak i kryminały.

Dlatego wrzucam tą książke w kategorię "straty czasu"....

No comments:

Post a Comment