Szczęśliwego Nowego Roku!





Dla wszystkich czytających moego bloga i piszących własnego. Wielki dzięki za Wasz czas i uwagę oraz komentarze.


W 2011 - oby nam stosiki do przeczytania rosły i by czasu na czytanie i pisanie o książkach przybyło!

Podsumowanie 2010

Koniec roku - czas na podsumowanie dokonań!

Udało mi się także zmienić nazwę blogu i jego rokład, z nadzieją iż na lepszy. Jeśli macie komentarze, proszę piszcie!

Niestety wstawiłam jedynie 25 wpisów o książkach, ale za to kuchnia jest wyremontowana, czyli sukces, oceńcie sami poniżej... Tak jak w zeszłym roku podzieliłam moje lektury na udane, śrendio udane i stratę czasu, bo wydaje mi się taki podział najsensowniejszy.


Rekomendowane: 

Jak widać nie mogę narzekać, bo wśród wszystkich rpzeczytanych książek, tylko dwie nie nadawały się do przeczytania!
Kończąc ten rok, mam nadzieję na więcej czasu w przyszłym na czytanie i pisanie o książkeach, czego i Wam życzę!

Życzenia świąteczne i noworoczne


Wszystkim, którzy zaglądają regularnie i tym , którzy zagladąją tylko czasami, składam serdeczne życzenia spokojnych i radosnych świąt w gronie rodziny i przyjaciół, a przede wszystkim z książką!

"Tutaj" czyli "Here" Wisława Szymborska

Nietypowy wpis, więc zawiedzionych przepraszam.
Nie jestem miłośniczką  poezji i nie będę winic lekcji języka polskiego i cwiczen z rozbioru wierszy, bo pewnie niektórych właśnie to zachęciło do ich czytania – mnie niestety nie, Jednak otrzymałam nowy tomik poezji Wisławy Szymborskiej w wersji polsko-angielskiej i jestem z tego bardzo zadowolona, bo jednak lubię wyjśc poza „comfort zone” (prosze o podpowiedź odpowiednika w języku polskim).

Jak to zwykle z poezją, w każdym tomiku znajdziesz kilka utworów, które uznasz za zupełnie nie dla ciebie, ale jesli masz odrobinę szczęścia, jak ja, znajdziesz  też kilka, które po prostu są wspaniałe.

Zwięzła forma, nietypowe spojrzenie na rzeczy i zdarzenia codzienne. Typowa, chyba, przewrotność, lekka złośliwośc wobec czasu i ironia naszej Noblistki jest pewnie wielu z was znana, ale ja odkryłam ją na nowo.

Oczywiście najłatwiej jest odbierać poezje we własnym języku, ale dzięki temu iż jest on dwujęzyczny, miałam okazję spróbować jak brzmi ten sam wiersz po angielsku. To rzadka okazja i, moim zdaniem, warta złapania. Świetne praca dwóch genialnych tłumaczy Clare Cavanagh i Stanisława Barańczaka nie ujmuje oryginałom.

Polecam, bo warto zajrzec, poczytac i zatrzymac się na chwilę.

Poniżej jeden z utworów w obu wersjach językowych.


KILKUNASTOLETNIA

Ja - kilkunastoletnia?
Gdyby nagle, tu, teraz, stanęła przede mną,
czy miałabym ją witac jak osobę bliską,
chociaż jest dla mnie obca i daleka?

Uronic łezkę, pocałowac w czółko
z tej wyłącznie przyczyny,
że mamy jednakową datę urodzenia?

Tyle niepodobieństa między nami,
że chyba tylko kości są te same,
sklepienie czaszki, oczodoły.

Bo już jej oczy jakby trochę większe,
rzęsy dłuższe, wzrost wyższy
i całe ciało obleczone ściśle
skórą gładką, bez skazy.

Łączą nas wprawdzie krewni i znajomi,
ale w jej świecie prawie wszyscy żyją,
a w moim prawie nikt
z tego wspólnego kręgu.

Tak mocno się różnimy,
tak całkiem o czy innym myślimy, mówimy.
Ona wie mało-
za to z uporem godnym lepszej sprawy.
Ja wiem o wiele więcej -
za to nie na pewno.

Pokazuje mi wiersze.
pisane pismem starannym, wyraźnym,
jakim ja nie piszę już od lat.

Czytam te wiesze, czytam.
No może ten jeden,
gdyby go skrócic
i w paru miejscach poprawic.
Reszta niczego dobrego nie wróży.

Rozmowa się nie klei.
Na jej biednym zegarku
czas chwiejny jeszcze i tani.
Na moim dużo droższy i dokładny.

Na pożegnanie nic, zdawkowy uśmiech
i żadnego wzruszenia.

Dopiero kiedy znika
i zostawia w pośpiechu swój szalik.

Szalik z prawdziwej wełny,
w kolorowe paski
przez naszą matkę
zrobiony dla niej szydełkiem.

Przechowuję go jeszcze.
TEENAGER

Me – a teenager?
If she suddenly stood, here, now, before me,
would I need to treat her as near and dear,
although she’s strange to me, and distant?

Shed a tear, kiss her brow
for the simple reason
that we share a birthdate?

So many dissimilarities between us
that only the bones are likely still the same.
the cranial vault, the eye sockets.

Since her eyes seem a little larger,
her eyelashes are longer, she’s taller,
and the whole body is tightly sheathed
in smooth, unblemished skin.

Relatives and friends still link us, it is true,
but in her world nearly all are living,
while in mine almost no one survives
from that shared circle.

We differ so profoundly,
talk and think about completely different things.
She knows next to nothing –
but with a doggedness deserving better causes.
I know much more –
but not for sure.

She shows me poems,
written in a clear and careful script.
I haven’t used for years.

I read the poems, read them.
Well, maybe that one
if it were shorter
and touched up in a couple of places.
The rest do not bode well.

The conversation stumbles.
On her pathetic watch
time is still cheap and unsteady.
On mine it’s far more precious and precise.

Nothing in parting, a fixed smile
and no emotion.

Only when she vanishes,
leaving her scarf in her haste.

A scarf of genuine wool,
in colored stripes
crocheted for her
by our mother.

I’ve still got it.


 
A na zakończenie to tak sobie pomyślałam, że taki dwujęzyczny tomik to świetny pomysł na prezent dla osoby anglojęzycznej, a czas prezentów teraz.

"Mad Men Unbuttoned. A romp through 1960s America" Natasha Vargas-Cooper

Kolejna książka, którą znalazłam przypadkiem dzięki bibliotekarzom.... Jak tylko zobaczyłam jej temat, to już nie było zmiłuj i wzięłam... bo lata 60-te i serial "Mad Men" są dla mnie po prostu niesamowicie interesujące!

Natasha Vargas-Cooper postanowiła przybliżyć młodszemu pokoleniu fascynujący czas serialu, który zdobył już Golden Globe chyba dwa razy z rzędu i przynajmniej tutaj w Stanch stał się swego rodzaju fenomenem. Akcja serialu toczy się w agencji reklamowej z siedzibą w Nowym Jorku na Madison Avenue, stąd tytuł Mad Men.

Dla tych, którzy znają ten serial, książka będzie świetnym uzupełnieniem. Autorka zrobiła przegląd całości tametego okresu dzieląc go na 
- ludzi reklamy z ich najważniejszymi utworami-reklamówkami,
- rewolucję mody i designu w ubiorach i wnętrzach,
- zmianę pozycji społecznej kobiet i znaczenia "pracującej dziewczyny"
- rewolucję seksualną dzięki m.in. pigułce antykoncepcyjnej



- stosunek do picia, palenia i narkotyków,
 źródło: www.euro-cig.com 

 - nowe trendy zwane nową falą w literaturze i filmie
 źródło: www.burdastyle.com
Tak jak tytuł wskazuje - przejechała się po całości.

Autorka prowadzi także blog komentujący na bieżąco kolejne odcinki serialu, wywiady z aktorami itp.

Gybym chciała przytoczyć fragmenty byłoby tego połowa książki, ale na pewno dla osób, które chcą zrozumieć obecną kulturę ważne jest byją przeczytały i zrozumiały o jakiej rewolucji jest mowa w serialu.

Wielkie dzięki dla moich bibliotekarzy za wskazanie mi tej książki! 

"Chwalcie łąki umajone" Michał Olszewski

Zacznę od okładki tej cienkiej książeczki - jest czerwona i ma zdjęcie przydrożnej kapliczki ustrojonej wstążkami zakłądanymi na czas procesji. Te wstążki jak się okazuje maja swoją nazwę - flary. W tle widać zielona trawę pastwisk lub łąk, a do tego tytuł "Chwalcie łąki umajone".... Na pierwszy rzut oka nasuwa się skojarzenie "folkowej" opowieści, ale...
Chwila poszukiwań w internecie i już wiadomo skąd tytuł pochodzi - od religijnego wiersza ułożonego przez jezuitę z XIX wieku i choć tytuł trochę zaskakujący, to tak na prawdę jest to wiersz chwalący nasz kraj i o tym jest ta książka. Olszewski opowiada w niej o kraju, który w więszości już nie istnieje, choć jest w naszej dziecięcej i młodzieńczej pamięci, oraz o tym który jest tu i teraz. Rozmiar książki jest niewielki, ale może wynika to z tego, że jeszcze za mało czasu upłynęło by zacząć wspominać...
Główny bohater opowiadań to nie tylko autostopowicz, ale przede wszystkim przedstawiciel pokolenia obecnych trzydziestoparolatków. Wielu jest, jak ten wędrowiec, zawieszonych pomiędzy dwoma (a raczej czterema) światami - Polski A i Polski B oraz czasem dorastania za komuny i czasem obecnej pogoni za sukcesem. 

Rozpoczynając od "Introit" Olszewski zestawia przeciwstawne elelemeny rzeczywistości.
"Pamiętacie czas, kiedy zamiast hałaśliwych reklam po ekranach "Jowiszy", "Neptunów"" i "Rubinów" przesuwały się rybki zapełniające nikomu niepotrzebny czas antenowy? Albo widoki śnieżnej zimy z ciurkającym wśród drzew strumyczkiem? A tablicę "Za chwilę dalszy ciąg prorgamu" pamiętacie, albo "Przepraszamy za usterki" ?(...) A tu trzeba gnać, gnać, zapomnieć o przeszłości, z czołem jasnym i wysokim stanąć w szeregach zawodników węszących za dobytkiem. Skakać z momentu w moment, pluć na ciągłość lub jej brak.  (...) Dzień w dzień topię się w ciągle wzbierającej powodzi informacji. Świat mnie zalewa. (...) Nie opierdalam się - mówiąc bez ogródek. I zdarza się, że w ciągu jednego dnia przeżywam cały tydzień."

W kolejnych opowiadaniach rozprawia się ze zmianami w naszej rzeczywistości. To pokolenie po-trzydziestce nie tylko pamięta czas śmiesznych butów Relax, będących czymś wspaniałym wtedy, ale także uczestniczyło w zmianach zapoczątkowanych przez starsze pokolenie i czy chcieli tego czy też nie, musieli się w nich odnaleźć.
Jednak nie wszyscy chcą się dostosować i jak bohaterowie z "Hymnu Św. Krzysztofa, poszukiwaczy skarbów patrona" są niby w teraźniejszości, ale... "Z rozczarowania rzeczywistością, której nie potrafili funkcjonować tak sprawnie jakby wydawało się, nie wylał się gniew. Zastosowali po prostu metodę biernego oporu, może nawet nieświadomie (...)". Jednak narrator-bohater-obserwator nie należy do nich i zadaje pytania oczywiste"Nadal nie mogę zrozumieć dlaczego ustawiona w dowolnym miejscu na równinie granica wszystko zmienia, nie tlyko to co oczywiste - języki, ubrania, wygląd sklepów, ale też fakty (...) Wszystko (...) czy też na prawdę po obu stronach umownej linii, która przekraja miasta albo pole, leżą różne geografie?"

Kolejny paradoks, z którym się rozprawia, to czas - "im więcej czasu mają ci co nie idą z postępem, tym mniej mają go ci, którzy utrzymują się na powierzchni i płyną z prądem, coraz szybciej (...)". Dalej na tapetę idzie paradoks pamięci i wspomnień, które przez subiektywność stają się niezbędnym elementem mitologii oraz garbem nie do oderżnięcia. "To fałszywa logika, skonstruowana od początku do końca na grubych nadużyciach. Mam przecież w zanadrzu odmienne opowieści, mity wyszabrowane z pamięci inaczej skontruowanych kobiet i mężczyzn, nie przeżarte tak mocno melancholią." 

NIe omieszkła też wspomnieć o własnych miejscach, które każdy z nas ma. "Nie ucieknę od nich. Wżarły się tak głeboko, że gdzie bym nie wyjechał, ruszą za mną (...) W innych miejscach Europy, zamiast żyć czasem teraźniejszym, nieustannie powracałem do siebie. I każdy choćby najsłoneczniejszy pejzaż Hiszpanii wyglądał na zatruty rozpadem. (...) Nie wiem, czy ciężar ten przynosi chwałe czy może powinienem go ze wstydem utrywać (...) Jadę, przez świat, przez siebie, a może jednocześnie w obu kierunkach?"

Ciekawa jestem czy autor miał na myśli emigranta, czy tylko niedostosowanego młodego człowieka, który złapawszy bakcyla wędrowania, nie może się już go pozbyć "jak kierowca długodystansowy, który przeklina swoją pracę, by chwię później opowiadać o niej z rozczuleniem". Może jest to jednak wymówka wędrowca, który nie musi podejmować decyzji o niczym, bo nigdzie długo go nie będzie. Autor jest ewidentnie zafascynowany beatnikam i ich egzotyzmem dalekiego kraju: "Beatnicy podróżowali znad jednego oceanu nad drugi. Gdzieś w Teksasie albo Newadzie na zgrozie pustynnych obszarów, drogę autom przecinały gnane wiatrem krzaki. Tumble-weed. W gniazdowie takich krzaków nie uświadczysz. Oglądam za to folie, w tanecznym pędzie kursujące po polach i jezdniach."

Pomimo braku zrozumienia dla odmienności, bohater nie gani tych, ktorzy rwą do przodu i dorabiają się. "Naród pracował zaciekle na dobrobyt i niezręcznie było wnosić z tego powodu pretensje. Że byle jak, policzkując choćby elelementarne poczucie estetyki? Kto by na to zwracał uwagę? Kto ma na to czas?" Zestawia ich jedynie z przyrodą, która niespiesznie trwa i daje piękno zauważalne tylko wtedy gdy zatrzymamy się na chwilę.

Jak widzicie jest to książka bardzo nostalgiczna. Nie ma w niej jednoznacznych odpowiedzi, a jedynie obserwacja zmieniającej się rzeczywistości. Ciekawa językowo dzięki pełnym zdaniom, które zdają się wychodzić z mody, włącza elementy religine obecne w czasach komuny nie tylko poprzez tytuł całego zbiorku, ale też tytuły poszczególnych opowiadań "Hymn do Św. Krzysztofa..." , "Litania do czasu przeszłego" czy "MBN: nowenna". 

Warto przeczytać i zatrzymać się, zadumać, powspominać...

Kilka dodatkowych słów na temat...

Jakiś czas temu zrecenzowałam książkę Kathleen Jellison "It's Our Day. America's love affair with the white wedding 1945-2005" a pracując w sieci bibliotek jednym z  benefitów jest darmowy dostęp do dzienników w jadalni.... pewnie dlatego jest tam często dośc cicho pomimo tłumu w czasie pory lunchu! Przeglądając dzisiejszy USA TODAY znalazłam ciekawy krótki artykuł z wynikami badania na temat stosunku Amerykanów do małżeństwa. 

Dla zainteresowanych załączam link do oryginału, a poniżej, a też pozwoliłam sobie na szybkie tłumaczenie tego krótkiego tekstu.

Badanie uwidocznia niknące zainteresowanie małżenstwem

Małżeństwo czy też ślub stają się coraz bardziej wyborem i ich popularnośc wydaje się powoli zanikac, jak stwierdza ponad 2600 Amerykanów w badaniu nad stosunkiem do formalnych związków w obecnych czasach.
Wśród 2691 dorosłych przepytanych przez Centrum Badawcze Pew w zeszłym miesiącu, 39% odpowiedziało iż małżeństwo staje się przeżytkiem i jest to wzrost w stosunku do 28% wyrażających taką opinię w badaniu Time Magazine z roku 1978.
- Jeśli czterech na dziesięciu badanych  stwierdza, że małżeństwo staje się przeżytkiem, to mamy do czynienia z bardzo wyraźną zmianą społeczną – komentuje Paul Taylor z Pew. – Nie oznacza to, że instytucja małżeństwa zniknie lub już zniknęłą.
Spis ludności również odzwierciedla malejący procent dorosłych pozostających w związku małżeńskim: 54% w 2010, 57% w 200, 72% w 1960.
Jednocześnie średnia wieku zawierania pierwszego małżeństwa w 2010 jest najwyższa z dotychczas notowanych – 28,2 lat dla mężczyzn i 26,1 dla kobiet, dane na podstawie spisu ludności. Tutaj także nastąpił wzrost w stosunku do danych z 2000 roku kiedy średnia wynosiła odpowiednio 26,8 i 25,1 lat. Wśród przebadanych w wieku 25-34 lata, po raz pierwszy od ponad wieku procent pozostających w związku jest niższy niż tych nie będących w formalnym związku.
- Związek małżeński jest obecnie brany bardziej serio niż przedtem i znaczy znacznie więcej dla ludzi, choc jako instytucja przestało dominowac. - mówi Stephanie Coontz, specalizująca się w dziedzinie historii i rodziny, profesor ze Stanowego College’u Evergreen z Olympii w Stanie Waszygton,która  była jednym z czterech badaczy uczestniczących w przeprowadzaniu tego badania.
- Jednak „przeżytek” to duże słowo i łatwo wpadające w ucho, ale trudno mi sobie wyobrazic by tak się stało i instytucja małżeństwa zniknęła – komentuje Carl Haub, demograf z Referatu ds. Ludności, który także uczestniczył w tworzeniu badania.
Małżeństwo jest w dalszym ciągu standardem dla absolwentów college’u (64%), ale już mniej dla osób bez ukończonego collegu (48%). Jednocześnie Czarni są znacznie rzadziej w formalnym związku (32%) niż Biali (56%), jak pokazują wyniki badania.
Także wspólne mieszkanie bez ślubu stało się popularne na tyle, że częstotliwośc tego zjawiska wzrosło dwukrotnie od 1990. Badanie przeprowadzone przez Pew podaje iż 44% dorosłych ( i więcej niż połowa w wieku 30-49) mieszkała z partnerem bez ślubu. Wśród tej grupy, 64% uważa taką decyzję za krok w stronę małżeństwa.
- Ludzie prawidłowo rozumieją iż ślub nie jest niezbędny do tworzenia związku, choc w dalszym ciągu większośc Amerykanów nadal bardzo sobie ceni instytucję małżeństwa – podsumowuje Coontz.


"Church of cheese" Carol Miller


Łatwo wpadającą w oko okładkę - zdjęcie w kolorze sepii z czerwonym tytułem, a do tego krótki podtytuł o Cyganach oraz obrazki w telewizji o deportacjach Cyganów z Francji przypominiały stereotypy utrwalone z Polski. Zdecydowałam się zaproponowac tą książkę na moim klubie. O dziwo dziewczyny zgodziły się, ale niestety nie był to najlepszy wybór...

Książka powstała na przestrzeni 40 lat kiedy to Carol Miller jako młoda antropolożka zainteresowała się Cyganami oraz ich kulturą i w efekcie spędziła z nimi większośc życia. Jest zatem zbiorem informacji z pierwszej ręki co mogłoby dodawać książce wartości, ale niestety styl pisarski pozostawia wiele do życzenia...

Miller opisuje rytuały, wierzenia i to jak zmieniali się  Cyganie mieszkający na Zachodnim Wybrzeżu, a dokładniej w Seattle i północnej Kalifornii. Jakimi nomadami pozostają, szczególnie tutaj w Ameryce, kraju opartym na przemieszczaniu się. Informacje są niby podawane w rozdziałach nie mają jednak jakiejś przewodniej myśli co utrudnia zrozumienie i zagłębienie się w treści, ale może też byc wzięte za przejaw opisywanej kultury.

Przedstawione grupy-rodziny są bardzo mobilne, nie mają stałego zajęcia właściwie, choć oczywiście kobiety zarabiają wróżbiarstwem, a mężczyźni handlem samochodami, ale nie lubią źródeł stałych dochodów. Jednocześnie niewiarygodnie mocne więzi rodzinne nakazują pozostawac ze swoimi i poszukiwanie na zewnątrz, a już poszukiwanie na zewnątrz partnera, jest niedopomyślenia i oznacza w praktyce odejście od rodziny i zerwanie kontaktów. Opisuje także brak budowania przyszłości i życie chwilą obecną, co szczególnie w latach 60-tych i 70-tych było możliwe i akceptowane ze względu na dominującą kulturę dzieci-kwiatów. Nie brak opisów wielkich zabaw i celebracji ważnych wydarzeń jak ślubów, urodzin, chrzcin, jako sposobu utrzymywania więzów rodzinnych i bliskich kontaktów, a nieobecność postrzegana jest jako afront i brak szacunku dla tradycji.

Autorka zwraca uwagę, że Cyganie nie mają kapłanów, nie mają królów (co akurat jest błędem) ani języka pisanego, a jednak są tak odrębną kulturą, która przetrwała setki lat, czystki Hitlera właśnie dzięki przekazywaniu mitów i historii wewnątrz grupy z pokolenia na pokolenie. Na potwierdzenie przytacza tytułową historię "Kościoła z sera" z dwóch różnych źródeł: 
- zasłyszaną od zaprzyjaźnionych Cyganek
"The reason Gypsies have no church and the Gadzé (non-Gypsies) do, Katy said, is that God made a church of cheese for the Gypsies and a church of stone for the Gadzé. But the Gypsies got hungry and ate theirs. After telling me this, Katy admitted she wasn't entiorely sure The Church of Cheese was true. Her mother Lola made a face and insisted it was: "Anyhow, I like to believe that", she said"
- zebraną w "Przypowieściach ludowych" przez Diane Tong
"Once upon a time the Gypsies built a church of stone and the Serbs built the church of cheese. 
When both churches were ready, they agreed to exchange them - the Gypsies were to give the Serbs the stone church and the Serbs to give the Gypsies the cheese church and five pence as a makeweight. The Serbs had no money so they owed the Gypsies the five pennies.
The Gypsies immediately began to eat their church, until little buy little they had eaten it all up; and that is why they have no church now.
The Serbs still owe the Gypsies the five pennies, and the Gypsies are still asking for them, and that is why the Serbs have to give them alms."

Z moim doświadczeń z Cyganami, z nabytych stereotypów i fragmentów tej książki wydaje mi się, że ta przypowieśc ludowa bardzo dobrze opisuje Cyganów z ich miłością do chwili obecnej, bez przywiązania do rzeczy materialnych i budowania dobrobytu. Może to nastawienie a raczej odwrót od materializmu pochodzi od ich przodków, którzy przywędrowali do Europy z Półwyspu Indyjskiego tak odmiennego pod względem stosunku do posiadania.

Pomimo tego, że próbowałam czytac tą książkę udało mi się przebrnąc jedynie przez 50 stron... nie mogę jej polecic.

"It's our day. America's love affair with the white wedding 1945-2005"Katherine Jellison

Jak pewnie zauważyliście, lubię książki analizujące różne zjawiska czy zdarzenia. Tym razem na tapecie znalazł się ślub, wesele i przemysł ślubny w ogóle. Celowo używam słowa przemysł, bo patrząc na obroty w liczone w miliardach dolarów, to  jest już przemysł! Ale od początku...

Śpieszę wyjaśnić, że "biały ślub" to określenie ślubu z panną młodą w białej sukni, eleganckim panem młodym oraz przyjęciem weselnym na przynajmniej setkę gości. Nie ma w tej nazwie nic pejoratywnego, gdyby ktoś chciał się czegokolwiek doszukiwać. Przeciwieństwem jest oczywiście ślub cywilny zawierany w ratuszu (w Polsce to Urząd Stanu Cywilnego), bez wielkiej sukni i w dzień powszedni. Po tej ogólnej dość definicji mogę przejść do omówienia...

Kiążka ta została nazwana w jednej z recenzji, jako pierwsza zajmująca się fenomenem i miejscem "białego ślubu" w kulturze amerykańskiej od wojny do czasów współczesnych. Bardzo spodobało mi się deklarowny przegląd na przestrzeni 50 lat, bo badania podłużne są zawsze ciekawsze, a czasy powojenne to wielkie zmiany społeczne i ekonomiczne. Moje oczekiwania wzrosły jeszcze bardziej, gdy wyczytałam, że Katherine Jellison jest profesorem na Uniwersytecie Ohio. Niestety książka rozczarowuje...

Autorka dokładnie omawia sytuację ekonomiczną i społeczną czasów powojennych, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji kobiet. Niepominęła elementu psychologicznego i emocjonalnego w tak ważnym momencie zarówno panny młodej, jak i jej rodziny. Opisała pozycję kobiet i ich oczekiwania  oraz oczekiwania społeczne wobec nich. Dorzuciła sporo cyfr i porównań z czasami nam współczesnymi. W skrócie omawia pozycję instytucji ślubu jako ewoluującą w zależności od ekonomii:
- lata 30-te to czas depresji, kiedy wielu młodych ludzi było po prostu  za biednych by żyć razem i liczyło się przetrwanie, w efekcie liczba ślubów spadła. Wtedy zarówno kobiety, jak i mężczyźni musieli utrzymywać się sami co przyniosło element uboczny - usamodzielnienie i wyzwolenie ekonomiczne kobiet;
- lata 40-te to czas wojny kiedy odbywały się szybkie śluby przepustkowe lub przedwyjazdem na front, a kobiety wracały do pracy w fabrykach i odpowiedzialności za całość gospodarstwa;
- lata 1946-1970  to czas powrotu mężczyzn z wojny i kobiet to roli "boginii ogniska domowego" bez możliwości usamodzielnienia się, a jednocześnie czas niesamowitej prosperity gospodarczej i największego rozkwitu tego kobiecej przedsiębiorczości, czyli przemysłu ślubnego;
- lata 70-te to czas pojewienia się panien młodych "z odzysku" dzięki zmianom dotychczas rygorystycznego prawa rozwodowego i kolejny zastrzyk dla rynku;
- lata 1985 -2005 to czas gdy kobiety wreszczcie poczuły możliwość finansowego usamodzielnienia się i robiły kariery zawodowe, przez co zaczęły opóźniac zamążpójście, ale ... dzięki temu mają więcej pieniędzy do wydania (chi-ching, chi-ching...)

Jest to ciekawa analiza i przynosi wiele ciekawostek, z których chyba największym smaczkiem jest ślub Molly Jong-Fast, która wcisnęła się w białą suknię w 7-ym miesiącu ciąży, wzięłą pod ramiona ojca i ojczyma by pomaszerować do ołtarza, a za całą tę imprezę płaciła jej matka Erica Jong autorka powieści-manifestu "Strach przed lataniem" ("Fear of Flying").

Następnie autorka omawia samą suknię, jako element. Nie jest to temat tak ciekawy, bo przecież ileż można o kiecce?! Okazuje się, że można! Najpierw przytoczona zostaje historia tradyci białej suknii ślubnej i jej symboliki - podobno całe to szaleństwo zaczęło się w 1840 od białej suknii księżniczki Wiktorii poślubiającej swojego ukochangeo Alberta. Biała suknia stała się odtąd symbolem niewinności, czystości i oddania i taki przekaz pozostał aktualny prawie do końca XX wieku. Co więcej autorka dokopała się do historii komiwojażera, który chcąc usprawnic i zwiększyc sprzedaż zrewolucjonizował przemysł i wymyślił fabryczne szycie sukien. Piccione, którego firma istnieje do dziś, woził kilkanaście wzorów sukien do sklepów by panny młode mogły wybrać najodpowiedniejszy, przymierzyć i zamówić standardowy rozmiar, a niezbędne poprawki i indywidualne dopasowanie wykonywane było przez miejscową krawcową - to co znamy z dnia dzisiejszego! Obniżyło to koszty i otworzyło możliwość większej sprzedaży. Pomyślcie tylko, mając wśród wzorów suknię np. Grace Kelly w latach 60-tych, księżny Diany w latach 80-tych, czy żony młodego Kenedy'ego w latach 90-tych, sprzedawca miał dodatkowe argumenty przy sprzedaży właśnie tego modelu! Jednak kolejne kryzysy spowodowały, że wiele młodych par miało dokładnie ustalony budżet i w ten sposób powstały magazyny z sukniami po przecenie. Nie są one jednak tak popularne... bo w końcu to tak ważny moment w życiu, że każdy chce się kupować w miejscu ekskluzywnym i eleganckim, takim jakim jest suknia ślubna! Jak określiła to jedna panna młoda "jest to prawdopodobnie jedyny raz w życiu, kiedy będę miałą okazję założyć tak wystawną suknię".

Chyba najbardziej jaskrawym przykładem zauroczenia Ameryki białym ślubem, przytoczonym przez Jellison, jest obraz wspaniałej historii zakończonej pięknym ślubem, czyli historia Kopciuszka w odmianach wyeksploatowanych do cna przez przemysł filmowy. Liczba przytoczonych tytułów filmowych i remake-ów starych filmów jest po prostu zadziwiająca! Naliczyłam ich przynajmniej setkę i by wymienić tylko kilka:  "Moje Wielkie Greckie Wesele", "Przeminęło z wiatrem", kresówki Disneya "Królewna Snieżka", "Ojciec panny młodej" (zarówno oryginał jak i re-make), "Absolwent", "Ojciec chrzestny", "The Wedding Singer", "The Wedding Planner", "Uciekająca panna młoda"! Dodatkowo wystawne śluby w dobie celebrytów i bulwarówek, to genialne źródło dochodu. Każdy chce zobaczyc zdjęcia ślubne sławnej pary, a i sami młodzi nieźle potrafią zarządac za nie! To wszystko razem nakręca koniunkturę i utrwala tradycyjny image ślubu.

Przekartkowują reszte książki trafiłam w epilogu na prośbę pastora z Madisonville, Stan Luizjana, o pomoc dla "tych panniem, których suknie zostały zniszczone przez huragan Katrina i które nie mają niczego poza swoimi narzeczonymi" i przesłanie czegoś co mogłoby nadac ich ślubom ten specjalny charakter pomimo wszystko. Mają tylko swoich narzeczonych?! Po tylu latach indoktrynacji, ślub przestał byc ceremonią duchową a stał się momentem noszenia właściwych ubrań, ozdób itp. dlatego takie ceremonie zarówno po Katrinie jak i po ataku 11 września 2001 stają się tym większym komfortem dla ofiar im bardziej są rozbudowane i okazałe.

Jak widzicie, praca tej autorki, jest bardzo interesująca, ale nie jest pozbawiona słabości. Otóż większość powyższych informacji została zawarta na pierwszych 100 stronach książki, by później tylko powtarzac tę samą tezę - ślub jest instytucją ponadczasową. Właściwie to jedyny zarzut jaki mam do tej książki.

Niestety nie mogę tej książki polecić, bo warto przeczytać jedynie pierwsze 100 stron.


P.S. Nie jest to krytyka "białego ślubu", bo sama miałam podobny. Nie jest moim celem ocenianie nikogo pod tym względem.

"Koniec świata, panie!" jak mawiał Popiołek

Dzisiejszy koniec świata to krótka informacja o książkach w USA w 2009.

  • W ostatnią sobotę, 25 września odbył się już 10-ty Narodowy Festiwal Książki, który zawsze odbywa się na terenie Parku Narodowego The Mall w centrum Waszyngtonu.
  • Aż 3,1 mln książek sprzedano w USA w 2008 i niestety 2009 był znacznie gorszy ze względu na spadek dochodów oraz rosnąca popularnośc nośników elektronicznych takich jak Kindle, Kobo or Sony Reader.
  • W 2009 najlepiej sprzedającą się książką był "New Moon" Stepahnie Meyers, książki tzw. "Twilight Series" zajęly odpowiednio drugie, trzecie i czwarte miejsce pod względem wielkości sprzedaży.
  • Najlepiej sprzedające się książki wszeczasów: #3 Słownik Webstera, #2 "Mała czerwona książeczka" Przewodniczącego Mao - 800mln sztuk, #1 Biblia - 2,5lmd sztuk sprzedanych od 1456 roku.
  • 25 000 dolarów to cena jednej strony orignalnej biblii Gutenberga, a wartośc książki w całości jest szacowana na 35 mln dolarów!
  • Jedyna 6 mln dolarów to cena pierwszej edycji dzieł Szekspira opublikowanych w 1623.
  • Bill Gates zapłacił aż 30 mln dollarów za manuskrypty Leonadra DaVinci.
  • 290 słów zawierał najdłuższy tytuł na świecie - rekord należy do Włocha, Davide Ciliberti, który nadał ten tytuł swojej książce o mediach z roku 2007.
Na podstawie "Who Knew?" z Yahoo! z dnia dzisiejszego.

"A Soul On Trial. A Marine Corps Mystery at the Turn of the Twentieth Century" Robin R. Cutler

Ta książka wydawała mi się interesująca, gdy zobaczyłam ja po raz pierwszy, ale.... gdy zaczęłam ją czytać już takiego przekonania nie miałam.

Przeczytałam prolog zawierający skrót książki i właściwie już nie bardzo chciało mi się dalej czytać. Okazało się, że jest to historia żołnierza, który najprawdopodobniej został zamordowany przez kolegów w czasie bijatyki, ale armia nie chce tego potwierdzić i w świadectwie zgonu wpisuje samobójstwo. W tym momencie wkracza do akcji oczyszczenia imienia syna, matka, typowa kobieta z Zachodu, czyli z silną wolą, wygadana, wykształcona, bez obaw pukająca do wszelkich drzwi w swojej sprawie. Po kilku wizjach, w których syn nawołuje ją do pomocy, jest przekonana o słuszności swojej sprawy. Siłą tej kobiety była nie tylko miłość matki, ale także silna wiara w konieczność oczyszczenia syna z moralnego grzechu samobójstwa. Ówczesny kościół katolicki pomimo jej wizji, mocno poparł jej sprawę. Jedynie amerykańska armia nie była przygotowana na taką walkę w dodatku popartą siłą prasy.

To zdarzenie stało się katalizatorem dla ówczesnej prasy, a tym samym mass mediów, do próby siły swojej władzy dusz. Był to także czas kiedy władza, zarówno ta wojskowa, jak i cywilna, nie do końca zdawał sobie sprawę z roli szybkiej  informacji i energii w niej niesionej. Miała to być jedna z tych znaczących lekcji.

Pomimo tak zachęcającego tematu, język nie zachęcał do zanużenia się w tej tragedii rodzinnej oraz historii krucjaty matki szukającej prawdy.