"It's our day. America's love affair with the white wedding 1945-2005"Katherine Jellison

Jak pewnie zauważyliście, lubię książki analizujące różne zjawiska czy zdarzenia. Tym razem na tapecie znalazł się ślub, wesele i przemysł ślubny w ogóle. Celowo używam słowa przemysł, bo patrząc na obroty w liczone w miliardach dolarów, to  jest już przemysł! Ale od początku...

Śpieszę wyjaśnić, że "biały ślub" to określenie ślubu z panną młodą w białej sukni, eleganckim panem młodym oraz przyjęciem weselnym na przynajmniej setkę gości. Nie ma w tej nazwie nic pejoratywnego, gdyby ktoś chciał się czegokolwiek doszukiwać. Przeciwieństwem jest oczywiście ślub cywilny zawierany w ratuszu (w Polsce to Urząd Stanu Cywilnego), bez wielkiej sukni i w dzień powszedni. Po tej ogólnej dość definicji mogę przejść do omówienia...

Kiążka ta została nazwana w jednej z recenzji, jako pierwsza zajmująca się fenomenem i miejscem "białego ślubu" w kulturze amerykańskiej od wojny do czasów współczesnych. Bardzo spodobało mi się deklarowny przegląd na przestrzeni 50 lat, bo badania podłużne są zawsze ciekawsze, a czasy powojenne to wielkie zmiany społeczne i ekonomiczne. Moje oczekiwania wzrosły jeszcze bardziej, gdy wyczytałam, że Katherine Jellison jest profesorem na Uniwersytecie Ohio. Niestety książka rozczarowuje...

Autorka dokładnie omawia sytuację ekonomiczną i społeczną czasów powojennych, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji kobiet. Niepominęła elementu psychologicznego i emocjonalnego w tak ważnym momencie zarówno panny młodej, jak i jej rodziny. Opisała pozycję kobiet i ich oczekiwania  oraz oczekiwania społeczne wobec nich. Dorzuciła sporo cyfr i porównań z czasami nam współczesnymi. W skrócie omawia pozycję instytucji ślubu jako ewoluującą w zależności od ekonomii:
- lata 30-te to czas depresji, kiedy wielu młodych ludzi było po prostu  za biednych by żyć razem i liczyło się przetrwanie, w efekcie liczba ślubów spadła. Wtedy zarówno kobiety, jak i mężczyźni musieli utrzymywać się sami co przyniosło element uboczny - usamodzielnienie i wyzwolenie ekonomiczne kobiet;
- lata 40-te to czas wojny kiedy odbywały się szybkie śluby przepustkowe lub przedwyjazdem na front, a kobiety wracały do pracy w fabrykach i odpowiedzialności za całość gospodarstwa;
- lata 1946-1970  to czas powrotu mężczyzn z wojny i kobiet to roli "boginii ogniska domowego" bez możliwości usamodzielnienia się, a jednocześnie czas niesamowitej prosperity gospodarczej i największego rozkwitu tego kobiecej przedsiębiorczości, czyli przemysłu ślubnego;
- lata 70-te to czas pojewienia się panien młodych "z odzysku" dzięki zmianom dotychczas rygorystycznego prawa rozwodowego i kolejny zastrzyk dla rynku;
- lata 1985 -2005 to czas gdy kobiety wreszczcie poczuły możliwość finansowego usamodzielnienia się i robiły kariery zawodowe, przez co zaczęły opóźniac zamążpójście, ale ... dzięki temu mają więcej pieniędzy do wydania (chi-ching, chi-ching...)

Jest to ciekawa analiza i przynosi wiele ciekawostek, z których chyba największym smaczkiem jest ślub Molly Jong-Fast, która wcisnęła się w białą suknię w 7-ym miesiącu ciąży, wzięłą pod ramiona ojca i ojczyma by pomaszerować do ołtarza, a za całą tę imprezę płaciła jej matka Erica Jong autorka powieści-manifestu "Strach przed lataniem" ("Fear of Flying").

Następnie autorka omawia samą suknię, jako element. Nie jest to temat tak ciekawy, bo przecież ileż można o kiecce?! Okazuje się, że można! Najpierw przytoczona zostaje historia tradyci białej suknii ślubnej i jej symboliki - podobno całe to szaleństwo zaczęło się w 1840 od białej suknii księżniczki Wiktorii poślubiającej swojego ukochangeo Alberta. Biała suknia stała się odtąd symbolem niewinności, czystości i oddania i taki przekaz pozostał aktualny prawie do końca XX wieku. Co więcej autorka dokopała się do historii komiwojażera, który chcąc usprawnic i zwiększyc sprzedaż zrewolucjonizował przemysł i wymyślił fabryczne szycie sukien. Piccione, którego firma istnieje do dziś, woził kilkanaście wzorów sukien do sklepów by panny młode mogły wybrać najodpowiedniejszy, przymierzyć i zamówić standardowy rozmiar, a niezbędne poprawki i indywidualne dopasowanie wykonywane było przez miejscową krawcową - to co znamy z dnia dzisiejszego! Obniżyło to koszty i otworzyło możliwość większej sprzedaży. Pomyślcie tylko, mając wśród wzorów suknię np. Grace Kelly w latach 60-tych, księżny Diany w latach 80-tych, czy żony młodego Kenedy'ego w latach 90-tych, sprzedawca miał dodatkowe argumenty przy sprzedaży właśnie tego modelu! Jednak kolejne kryzysy spowodowały, że wiele młodych par miało dokładnie ustalony budżet i w ten sposób powstały magazyny z sukniami po przecenie. Nie są one jednak tak popularne... bo w końcu to tak ważny moment w życiu, że każdy chce się kupować w miejscu ekskluzywnym i eleganckim, takim jakim jest suknia ślubna! Jak określiła to jedna panna młoda "jest to prawdopodobnie jedyny raz w życiu, kiedy będę miałą okazję założyć tak wystawną suknię".

Chyba najbardziej jaskrawym przykładem zauroczenia Ameryki białym ślubem, przytoczonym przez Jellison, jest obraz wspaniałej historii zakończonej pięknym ślubem, czyli historia Kopciuszka w odmianach wyeksploatowanych do cna przez przemysł filmowy. Liczba przytoczonych tytułów filmowych i remake-ów starych filmów jest po prostu zadziwiająca! Naliczyłam ich przynajmniej setkę i by wymienić tylko kilka:  "Moje Wielkie Greckie Wesele", "Przeminęło z wiatrem", kresówki Disneya "Królewna Snieżka", "Ojciec panny młodej" (zarówno oryginał jak i re-make), "Absolwent", "Ojciec chrzestny", "The Wedding Singer", "The Wedding Planner", "Uciekająca panna młoda"! Dodatkowo wystawne śluby w dobie celebrytów i bulwarówek, to genialne źródło dochodu. Każdy chce zobaczyc zdjęcia ślubne sławnej pary, a i sami młodzi nieźle potrafią zarządac za nie! To wszystko razem nakręca koniunkturę i utrwala tradycyjny image ślubu.

Przekartkowują reszte książki trafiłam w epilogu na prośbę pastora z Madisonville, Stan Luizjana, o pomoc dla "tych panniem, których suknie zostały zniszczone przez huragan Katrina i które nie mają niczego poza swoimi narzeczonymi" i przesłanie czegoś co mogłoby nadac ich ślubom ten specjalny charakter pomimo wszystko. Mają tylko swoich narzeczonych?! Po tylu latach indoktrynacji, ślub przestał byc ceremonią duchową a stał się momentem noszenia właściwych ubrań, ozdób itp. dlatego takie ceremonie zarówno po Katrinie jak i po ataku 11 września 2001 stają się tym większym komfortem dla ofiar im bardziej są rozbudowane i okazałe.

Jak widzicie, praca tej autorki, jest bardzo interesująca, ale nie jest pozbawiona słabości. Otóż większość powyższych informacji została zawarta na pierwszych 100 stronach książki, by później tylko powtarzac tę samą tezę - ślub jest instytucją ponadczasową. Właściwie to jedyny zarzut jaki mam do tej książki.

Niestety nie mogę tej książki polecić, bo warto przeczytać jedynie pierwsze 100 stron.


P.S. Nie jest to krytyka "białego ślubu", bo sama miałam podobny. Nie jest moim celem ocenianie nikogo pod tym względem.

No comments:

Post a Comment