"Chwalcie łąki umajone" Michał Olszewski

Zacznę od okładki tej cienkiej książeczki - jest czerwona i ma zdjęcie przydrożnej kapliczki ustrojonej wstążkami zakłądanymi na czas procesji. Te wstążki jak się okazuje maja swoją nazwę - flary. W tle widać zielona trawę pastwisk lub łąk, a do tego tytuł "Chwalcie łąki umajone".... Na pierwszy rzut oka nasuwa się skojarzenie "folkowej" opowieści, ale...
Chwila poszukiwań w internecie i już wiadomo skąd tytuł pochodzi - od religijnego wiersza ułożonego przez jezuitę z XIX wieku i choć tytuł trochę zaskakujący, to tak na prawdę jest to wiersz chwalący nasz kraj i o tym jest ta książka. Olszewski opowiada w niej o kraju, który w więszości już nie istnieje, choć jest w naszej dziecięcej i młodzieńczej pamięci, oraz o tym który jest tu i teraz. Rozmiar książki jest niewielki, ale może wynika to z tego, że jeszcze za mało czasu upłynęło by zacząć wspominać...
Główny bohater opowiadań to nie tylko autostopowicz, ale przede wszystkim przedstawiciel pokolenia obecnych trzydziestoparolatków. Wielu jest, jak ten wędrowiec, zawieszonych pomiędzy dwoma (a raczej czterema) światami - Polski A i Polski B oraz czasem dorastania za komuny i czasem obecnej pogoni za sukcesem. 

Rozpoczynając od "Introit" Olszewski zestawia przeciwstawne elelemeny rzeczywistości.
"Pamiętacie czas, kiedy zamiast hałaśliwych reklam po ekranach "Jowiszy", "Neptunów"" i "Rubinów" przesuwały się rybki zapełniające nikomu niepotrzebny czas antenowy? Albo widoki śnieżnej zimy z ciurkającym wśród drzew strumyczkiem? A tablicę "Za chwilę dalszy ciąg prorgamu" pamiętacie, albo "Przepraszamy za usterki" ?(...) A tu trzeba gnać, gnać, zapomnieć o przeszłości, z czołem jasnym i wysokim stanąć w szeregach zawodników węszących za dobytkiem. Skakać z momentu w moment, pluć na ciągłość lub jej brak.  (...) Dzień w dzień topię się w ciągle wzbierającej powodzi informacji. Świat mnie zalewa. (...) Nie opierdalam się - mówiąc bez ogródek. I zdarza się, że w ciągu jednego dnia przeżywam cały tydzień."

W kolejnych opowiadaniach rozprawia się ze zmianami w naszej rzeczywistości. To pokolenie po-trzydziestce nie tylko pamięta czas śmiesznych butów Relax, będących czymś wspaniałym wtedy, ale także uczestniczyło w zmianach zapoczątkowanych przez starsze pokolenie i czy chcieli tego czy też nie, musieli się w nich odnaleźć.
Jednak nie wszyscy chcą się dostosować i jak bohaterowie z "Hymnu Św. Krzysztofa, poszukiwaczy skarbów patrona" są niby w teraźniejszości, ale... "Z rozczarowania rzeczywistością, której nie potrafili funkcjonować tak sprawnie jakby wydawało się, nie wylał się gniew. Zastosowali po prostu metodę biernego oporu, może nawet nieświadomie (...)". Jednak narrator-bohater-obserwator nie należy do nich i zadaje pytania oczywiste"Nadal nie mogę zrozumieć dlaczego ustawiona w dowolnym miejscu na równinie granica wszystko zmienia, nie tlyko to co oczywiste - języki, ubrania, wygląd sklepów, ale też fakty (...) Wszystko (...) czy też na prawdę po obu stronach umownej linii, która przekraja miasta albo pole, leżą różne geografie?"

Kolejny paradoks, z którym się rozprawia, to czas - "im więcej czasu mają ci co nie idą z postępem, tym mniej mają go ci, którzy utrzymują się na powierzchni i płyną z prądem, coraz szybciej (...)". Dalej na tapetę idzie paradoks pamięci i wspomnień, które przez subiektywność stają się niezbędnym elementem mitologii oraz garbem nie do oderżnięcia. "To fałszywa logika, skonstruowana od początku do końca na grubych nadużyciach. Mam przecież w zanadrzu odmienne opowieści, mity wyszabrowane z pamięci inaczej skontruowanych kobiet i mężczyzn, nie przeżarte tak mocno melancholią." 

NIe omieszkła też wspomnieć o własnych miejscach, które każdy z nas ma. "Nie ucieknę od nich. Wżarły się tak głeboko, że gdzie bym nie wyjechał, ruszą za mną (...) W innych miejscach Europy, zamiast żyć czasem teraźniejszym, nieustannie powracałem do siebie. I każdy choćby najsłoneczniejszy pejzaż Hiszpanii wyglądał na zatruty rozpadem. (...) Nie wiem, czy ciężar ten przynosi chwałe czy może powinienem go ze wstydem utrywać (...) Jadę, przez świat, przez siebie, a może jednocześnie w obu kierunkach?"

Ciekawa jestem czy autor miał na myśli emigranta, czy tylko niedostosowanego młodego człowieka, który złapawszy bakcyla wędrowania, nie może się już go pozbyć "jak kierowca długodystansowy, który przeklina swoją pracę, by chwię później opowiadać o niej z rozczuleniem". Może jest to jednak wymówka wędrowca, który nie musi podejmować decyzji o niczym, bo nigdzie długo go nie będzie. Autor jest ewidentnie zafascynowany beatnikam i ich egzotyzmem dalekiego kraju: "Beatnicy podróżowali znad jednego oceanu nad drugi. Gdzieś w Teksasie albo Newadzie na zgrozie pustynnych obszarów, drogę autom przecinały gnane wiatrem krzaki. Tumble-weed. W gniazdowie takich krzaków nie uświadczysz. Oglądam za to folie, w tanecznym pędzie kursujące po polach i jezdniach."

Pomimo braku zrozumienia dla odmienności, bohater nie gani tych, ktorzy rwą do przodu i dorabiają się. "Naród pracował zaciekle na dobrobyt i niezręcznie było wnosić z tego powodu pretensje. Że byle jak, policzkując choćby elelementarne poczucie estetyki? Kto by na to zwracał uwagę? Kto ma na to czas?" Zestawia ich jedynie z przyrodą, która niespiesznie trwa i daje piękno zauważalne tylko wtedy gdy zatrzymamy się na chwilę.

Jak widzicie jest to książka bardzo nostalgiczna. Nie ma w niej jednoznacznych odpowiedzi, a jedynie obserwacja zmieniającej się rzeczywistości. Ciekawa językowo dzięki pełnym zdaniom, które zdają się wychodzić z mody, włącza elementy religine obecne w czasach komuny nie tylko poprzez tytuł całego zbiorku, ale też tytuły poszczególnych opowiadań "Hymn do Św. Krzysztofa..." , "Litania do czasu przeszłego" czy "MBN: nowenna". 

Warto przeczytać i zatrzymać się, zadumać, powspominać...

Kilka dodatkowych słów na temat...

Jakiś czas temu zrecenzowałam książkę Kathleen Jellison "It's Our Day. America's love affair with the white wedding 1945-2005" a pracując w sieci bibliotek jednym z  benefitów jest darmowy dostęp do dzienników w jadalni.... pewnie dlatego jest tam często dośc cicho pomimo tłumu w czasie pory lunchu! Przeglądając dzisiejszy USA TODAY znalazłam ciekawy krótki artykuł z wynikami badania na temat stosunku Amerykanów do małżeństwa. 

Dla zainteresowanych załączam link do oryginału, a poniżej, a też pozwoliłam sobie na szybkie tłumaczenie tego krótkiego tekstu.

Badanie uwidocznia niknące zainteresowanie małżenstwem

Małżeństwo czy też ślub stają się coraz bardziej wyborem i ich popularnośc wydaje się powoli zanikac, jak stwierdza ponad 2600 Amerykanów w badaniu nad stosunkiem do formalnych związków w obecnych czasach.
Wśród 2691 dorosłych przepytanych przez Centrum Badawcze Pew w zeszłym miesiącu, 39% odpowiedziało iż małżeństwo staje się przeżytkiem i jest to wzrost w stosunku do 28% wyrażających taką opinię w badaniu Time Magazine z roku 1978.
- Jeśli czterech na dziesięciu badanych  stwierdza, że małżeństwo staje się przeżytkiem, to mamy do czynienia z bardzo wyraźną zmianą społeczną – komentuje Paul Taylor z Pew. – Nie oznacza to, że instytucja małżeństwa zniknie lub już zniknęłą.
Spis ludności również odzwierciedla malejący procent dorosłych pozostających w związku małżeńskim: 54% w 2010, 57% w 200, 72% w 1960.
Jednocześnie średnia wieku zawierania pierwszego małżeństwa w 2010 jest najwyższa z dotychczas notowanych – 28,2 lat dla mężczyzn i 26,1 dla kobiet, dane na podstawie spisu ludności. Tutaj także nastąpił wzrost w stosunku do danych z 2000 roku kiedy średnia wynosiła odpowiednio 26,8 i 25,1 lat. Wśród przebadanych w wieku 25-34 lata, po raz pierwszy od ponad wieku procent pozostających w związku jest niższy niż tych nie będących w formalnym związku.
- Związek małżeński jest obecnie brany bardziej serio niż przedtem i znaczy znacznie więcej dla ludzi, choc jako instytucja przestało dominowac. - mówi Stephanie Coontz, specalizująca się w dziedzinie historii i rodziny, profesor ze Stanowego College’u Evergreen z Olympii w Stanie Waszygton,która  była jednym z czterech badaczy uczestniczących w przeprowadzaniu tego badania.
- Jednak „przeżytek” to duże słowo i łatwo wpadające w ucho, ale trudno mi sobie wyobrazic by tak się stało i instytucja małżeństwa zniknęła – komentuje Carl Haub, demograf z Referatu ds. Ludności, który także uczestniczył w tworzeniu badania.
Małżeństwo jest w dalszym ciągu standardem dla absolwentów college’u (64%), ale już mniej dla osób bez ukończonego collegu (48%). Jednocześnie Czarni są znacznie rzadziej w formalnym związku (32%) niż Biali (56%), jak pokazują wyniki badania.
Także wspólne mieszkanie bez ślubu stało się popularne na tyle, że częstotliwośc tego zjawiska wzrosło dwukrotnie od 1990. Badanie przeprowadzone przez Pew podaje iż 44% dorosłych ( i więcej niż połowa w wieku 30-49) mieszkała z partnerem bez ślubu. Wśród tej grupy, 64% uważa taką decyzję za krok w stronę małżeństwa.
- Ludzie prawidłowo rozumieją iż ślub nie jest niezbędny do tworzenia związku, choc w dalszym ciągu większośc Amerykanów nadal bardzo sobie ceni instytucję małżeństwa – podsumowuje Coontz.


"Church of cheese" Carol Miller


Łatwo wpadającą w oko okładkę - zdjęcie w kolorze sepii z czerwonym tytułem, a do tego krótki podtytuł o Cyganach oraz obrazki w telewizji o deportacjach Cyganów z Francji przypominiały stereotypy utrwalone z Polski. Zdecydowałam się zaproponowac tą książkę na moim klubie. O dziwo dziewczyny zgodziły się, ale niestety nie był to najlepszy wybór...

Książka powstała na przestrzeni 40 lat kiedy to Carol Miller jako młoda antropolożka zainteresowała się Cyganami oraz ich kulturą i w efekcie spędziła z nimi większośc życia. Jest zatem zbiorem informacji z pierwszej ręki co mogłoby dodawać książce wartości, ale niestety styl pisarski pozostawia wiele do życzenia...

Miller opisuje rytuały, wierzenia i to jak zmieniali się  Cyganie mieszkający na Zachodnim Wybrzeżu, a dokładniej w Seattle i północnej Kalifornii. Jakimi nomadami pozostają, szczególnie tutaj w Ameryce, kraju opartym na przemieszczaniu się. Informacje są niby podawane w rozdziałach nie mają jednak jakiejś przewodniej myśli co utrudnia zrozumienie i zagłębienie się w treści, ale może też byc wzięte za przejaw opisywanej kultury.

Przedstawione grupy-rodziny są bardzo mobilne, nie mają stałego zajęcia właściwie, choć oczywiście kobiety zarabiają wróżbiarstwem, a mężczyźni handlem samochodami, ale nie lubią źródeł stałych dochodów. Jednocześnie niewiarygodnie mocne więzi rodzinne nakazują pozostawac ze swoimi i poszukiwanie na zewnątrz, a już poszukiwanie na zewnątrz partnera, jest niedopomyślenia i oznacza w praktyce odejście od rodziny i zerwanie kontaktów. Opisuje także brak budowania przyszłości i życie chwilą obecną, co szczególnie w latach 60-tych i 70-tych było możliwe i akceptowane ze względu na dominującą kulturę dzieci-kwiatów. Nie brak opisów wielkich zabaw i celebracji ważnych wydarzeń jak ślubów, urodzin, chrzcin, jako sposobu utrzymywania więzów rodzinnych i bliskich kontaktów, a nieobecność postrzegana jest jako afront i brak szacunku dla tradycji.

Autorka zwraca uwagę, że Cyganie nie mają kapłanów, nie mają królów (co akurat jest błędem) ani języka pisanego, a jednak są tak odrębną kulturą, która przetrwała setki lat, czystki Hitlera właśnie dzięki przekazywaniu mitów i historii wewnątrz grupy z pokolenia na pokolenie. Na potwierdzenie przytacza tytułową historię "Kościoła z sera" z dwóch różnych źródeł: 
- zasłyszaną od zaprzyjaźnionych Cyganek
"The reason Gypsies have no church and the Gadzé (non-Gypsies) do, Katy said, is that God made a church of cheese for the Gypsies and a church of stone for the Gadzé. But the Gypsies got hungry and ate theirs. After telling me this, Katy admitted she wasn't entiorely sure The Church of Cheese was true. Her mother Lola made a face and insisted it was: "Anyhow, I like to believe that", she said"
- zebraną w "Przypowieściach ludowych" przez Diane Tong
"Once upon a time the Gypsies built a church of stone and the Serbs built the church of cheese. 
When both churches were ready, they agreed to exchange them - the Gypsies were to give the Serbs the stone church and the Serbs to give the Gypsies the cheese church and five pence as a makeweight. The Serbs had no money so they owed the Gypsies the five pennies.
The Gypsies immediately began to eat their church, until little buy little they had eaten it all up; and that is why they have no church now.
The Serbs still owe the Gypsies the five pennies, and the Gypsies are still asking for them, and that is why the Serbs have to give them alms."

Z moim doświadczeń z Cyganami, z nabytych stereotypów i fragmentów tej książki wydaje mi się, że ta przypowieśc ludowa bardzo dobrze opisuje Cyganów z ich miłością do chwili obecnej, bez przywiązania do rzeczy materialnych i budowania dobrobytu. Może to nastawienie a raczej odwrót od materializmu pochodzi od ich przodków, którzy przywędrowali do Europy z Półwyspu Indyjskiego tak odmiennego pod względem stosunku do posiadania.

Pomimo tego, że próbowałam czytac tą książkę udało mi się przebrnąc jedynie przez 50 stron... nie mogę jej polecic.